niedziela, 10 lutego 2019

O tym, jak pewna dziewczyna chciała zostać fotografem kulinarnym

Był 2009 rok. Pierwszy raz od dawna, miałam czas by swobodnie surfować po internecie. 
Weszłam wtedy przypadkiem na stronę www.latartinegourmande.com/ i przepadłam. 
Zaczęłam przeglądać zagraniczne oraz rodzime blogi kulinarne i przypatrywać się niezwykłym dziełom sztuki, jakim niewątpliwie były dla mnie zdjęcia potraw. Nie takie zdjęcia, jakie kilka lat wcześniej publikowały czasopisma kulinarne, ale prawdziwą sztukę, która prezentowała jedzenie w sposób niezwykle wysublimowany i piękny.

Pewnie nie zachwycałabym się tak zdjęciami jedzenia, gdyby nie wcześniejsze zdarzenia.
Powiedzmy, że był rok 1995 i mój tata wręczył mi pierwszy aparat fotograficzny. Nie znaczy to, że po raz pierwszy trzymałam w rękach taki sprzęt, ale tym razem przekazał go  moje ręce "na zawsze". Była to analogowa lustrzanka Canona, która później w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęła z mojego domu. Domyślam się co się z nią stało, ale nie chcę do tego wracać. 
Pstrykałam dużo i regularnie, ucząc się przy tym patrzeć na świat przez obiektyw.

W 2000 roku przyszedł czas na krok naprzód. Wtedy też mój tata wniósł do łazienki powiększalnik. Wyciągnął z meblościanki kuwety, koreks i ruszył w miasto kupić odpowiedni film do aparatu i odczynniki (wywoływać i utrwalacz). 
Wymienił w łazience żarówkę na czerwoną, zasłoniliśmy kratkę wentylacyjną w drzwiach, by nie wpadało przez nią światło i wywoływaliśmy razem zdjęcia, w prowizorycznej ciemni.

To doświadczenie zdefiniowało na zawsze moje postrzeganie fotografii, jako niezwykłego i magicznego zajęcia.

Spytacie pewnie, skąd jednak pociąg w kierunku fotografowania jedzenia. 
Bo jedzenie, od zawsze było moją drugą pasją.

Jako malec pierwsze kroki skierowałam do kuchennych szafek i choć w pokoju miałam do dyspozycji krawiecką szufladę mamy, w której były kolorowe nici, cekiny, koralik, tasiemki i ścinki szmatek, to jednak zdecydowanie lepiej czułam się mieszając na podłodze mąkę z kaszą.

W wieku 5 lat upiekłam pierwsze ciasteczka, które były oczywiście niejadalne, ale kilka lat później była pierwsza przyzwoita babka piaskowa, aż w końcu nie chciałam już robić nic innego jak tylko stać w kuchni, albo o jedzeniu czytać.

Gdzieś jednak rozpłynęły się te fascynacje, by powrócić z podwójną siłą, właśnie w 2009 roku, kiedy byłam w ciąży.

Wróćmy do momentu, w którym zobaczyłam w sieci, całe mnóstwo inspirujących zdjęć kulinarnych. Wtedy właśnie pomyślałam, że to jest to, co chciałabym robić. Nie miałam jeszcze wtedy pojęcia, że to trudne i wymagające zajęcie. Nie wiedziałam ile porażek czeka mnie po drodze, ale również że wybór tej drogi, da mi taki ogrom szczęścia i pozwoli poznać tylu wspaniałych ludzi. 

Dziś jestem wdzięczna, za to że robię coś, co sprawia mi tyle radości. Były jednak momenty, kiedy było naprawdę trudno, bo mój perfekcjonizm nie raz sprawiał, że czułam ogromną frustrację. 

Czy ta droga od początku była mi pisana?
Nie wiem, aczkolwiek jestem pewna, że jej wybór był naturalny, dla osoby wrażliwej wywodzącej się z domu, w którym przygotowywanie posiłków było bardzo ważnym elementem codzienności oraz od zawsze funkcjonowała pasja fotograficzna. 

Moja ostatnia publikacja, która pojawiła się pod koniec ubiegłego roku w amerykańskim, wegańskim magazynie kulinarnym Thrive Magazine, była spełnieniem moich marzeń. Nie dość, że znalazło się w nim moje zdjęcie, to i przepis jest mojego autorstwa. 
I choć jestem zadowolona ze swoich przepisów i zdjęć, to ta chęć ciągłego rozwoju nie ustała i myślę, że to nigdy się nie wydarzy. Pomimo tego, iż minęło 10 lat od początku mojej drogi, to wciąż czuję niesamowitą radość z fotografowania i gotowania. 

Jeśli coś pochłania Was bez reszty, nie ma mowy o nudzie, czy wypaleniu.
Nie pozwólcie tylko, żeby ktoś zabrał Wam marzenia, mówiąc że coś jest poza Waszym zasięgiem.



2 komentarze: