środa, 28 listopada 2018

Sałatka z pieczonym topinamburem


Topinambur. Brzmi trochę jak Rumburak, topór, rumor i brambor. Myślałam sobie, o co tyle hałasu? Wszyscy tylko topinambur i topinambur. Tu jednak nie ma co za dużo myśleć, tylko trzeba działać. Oskrobać trochę bulw, wrzucić do pieca, poczekać i zjeść.
 Najlepiej jeszcze letnie. 
Najfajniej z dużą ilością natki pietruszki, skórki cytrynowej i włoskimi orzechami. 
Koniecznie z sosem z oliwy i soku cytrynowego z odrobiną czosnku i miodu (syropu z agawy). 
Optymalnie z ulubioną sałatą. 
Zaleca się jeść bez zbędnego wahania i zastanawiania nad podobieństwem smakowym do innych produktów. 
Bo to nie ziemniak.
To nie karczoch. 
To jest po prostu topinambur.

Sałatka z pieczonym topinamburem - 2 porcje:
450g topinamburu
4-5 liści sałaty radicchio lub 3 garście mieszanych sałat
3 łyżki posiekanej natki pietruszki
skórka otarta z 1 cytryny
1,5-2 łyżki posiekanych orzechów włoskich
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżki soku z cytryny
3/4 łyżeczki miodu lub w wersji wegańskiej syropu z agawy
1 mały ząbek czosnku
2 spore szczypty soli
spora szczypta mielonego czarnego pieprzu

Topinambur obrałam ze skórki, można nawet powiedzieć że oskrobałam, ponieważ jego skórka jest bardzo cienka. Umyłam, wrzuciłam do naczynia żaroodpornego wyłożonego papierem do pieczenia. Skropiłam odrobiną oliwy z oliwek, przykryłam wystającymi brzegami papieru i wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do temperatury 200 stopni C. Piekłam 25 minut. Moje bulwy były bardzo małe, na zdjęciu możecie zobaczyć jakiej były wielkości. Piekłam je w całości. Jeśli jednak kupicie większe bulwy, po obraniu potnijcie je odpowiednio na 2 lub 4 części, w zależności od wielkości.
Topinambur po upieczeniu ma być miękki.

Sałatę umyłam i osuszyłam. Liście porwałam na mniejsze kawałki. Ja użyła radicchio, która może być dość gorzka. Tak było w moim przypadku. Jeśli nie przepadacie za gorzkimi sałatami, pomieszajcie ją z sałatą rzymską, albo użyjcie samej sałaty rzymskiej. 

Do słoiczka wlałam oliwę, miód, sok cytrynowy. Dodałam posiekany ząbek czosnku, sól oraz pieprz. Zakręciłam słoik i energicznie potrząsając, wymieszałam dokładnie sos.

Na talerzach rozłożyłam sałatę, posypałam posiekaną natką pietruszki, skórką cytrynową, ułożyłam upieczony topinambur i posypałam orzechami włoskimi. Całość polałam sosem.

wtorek, 27 listopada 2018

Brukselka z grzybowym bekonem


Brukselka to jedno z moich ulubionych zimowych warzyw, zresztą nie tylko ja za nią szaleję. Moja córka może jeść brukselkę codziennie i najchętniej jada ją w najprostszej wersji, czyli z masłem i bułką tartą. Niektórzy twierdzą, że brukselka jest gorzka, ale prawdę mówiąc tylko raz trafiłam na totalnie gorzką, której nie dało się zjeść. Było to pod koniec sezonu i była miejscami żółtawa, co powinno skłonić mnie do zastanowienia jeszcze przed jej zakupem. Jeśli jednak kupicie świeżą brukselkę o pięknych, zdrowych, zielonych listkach, możecie być pewni, że goryczy nie będzie, a jeśli nawet się zdarzy, to będzie ledwie wyczuwalna.
Są podobno różne metody na poprawę smaku brukselki. Jedni zalecają przemrozić, albo kupować ją po pierwszych przymrozkach. Niektórzy każą dodawać cukru do gotowania. Ja gotuję w osolonej wodzie, a później kombinuję z dodatkami.
Jednym z popularnych dodatków do brukselki jest boczek wędzony. Jeśli staracie się unikać mięsa, to wbrew pozorom nie musicie całkiem rezygnować z tego połączenia. Jest bowiem wegański grzybowy "bekon", który idealnie zastąpi ten prawdziwy.

Brukselka z grzybowym bekonem:
300g brukselki
50g boczniaków
1 łyżka sosu sojowego
1/4 łyżeczki wędzonej papryki w proszku
1/4 łyżeczki czosnku granulowanego
1,5 łyżki oleju rzepakowego
1/4 małej czerwonej cebuli drobno posiekanej
1 łyżka posiekanych orzechów włoskich
sól, pieprz
opcjonalnie odrobina świeżego tymianku do posypania

W garnku zagotowałam osoloną wodę. Brukselkę umyłam, wrzuciłam na wrzątek i gotowałam 12 minut. Czasami gotowanie trwa krócej, czasami nieco dłużej. Po 8 minutach warto wyjąć jedną brukselkę i sprawdzić. Ugotowane brukselki odcedziłam, przelałam zimną wodą i każdą przekroiłam na pół.
W miseczce wymieszałam sos sojowy, paprykę wędzoną, szczyptę pieprzu, czosnek granulowany i 1 łyżkę oleju. Do miseczki z marynatą włożyłam grzyby i natarłam je solidnie przyprawami. Odstawiłam na 15 minut. Rozgrzałam na patelni 1/2 łyżki oleju, ułożyłam na niej grzyby, wlałam resztkę marynaty i smażyłam na złoto, po ok. 1 minucie z każdej strony. Zdjęłam z patelni aby się ostudziły, następnie pokroiłam drobno w kostkę. Na patelni z pozostałościami marynaty podsmażyłam kilka sekund cebulę, następnie dodałam posiekane grzyby i podsmażałam razem ok 30 sekund. Dodałam pokrojone, ugotowane brukselki i smażyłam kolejne 2 minuty, co jakiś czas mieszając.
Gotową brukselkę przed podaniem posypałam posiekanymi orzechami włoskimi.

poniedziałek, 26 listopada 2018

Bucatini z bułką tartą, pietruszką i suszonymi pomidorami


Nowa książka Jamiego Olivera "Jamie gotuje po włosku", na powrót wyzwoliła u mnie naturalne i swobodne gotowanie. Ostatnio wciąż obmyślałam przepisy, tworząc je w głowie od podstaw, z dbałością o to żeby wszystko w nich pasowało. Tworzenie wegańskich receptur, które pozwalają dla przykładu poczuć smak i konsystencję sera jest wyzwaniem i wymaga nieco zastanowienia, przed rozpoczęciem pracy. Bynajmniej nie chcę twierdzić, że to wybitnie trudne zajęcie, bo tak nie jest, ale miło jest czasem poczuć, że nie obowiązują żadne zasady.
Tak było z tym makaronem.
Przeczytałam najnowszą książkę Jamiego i natychmiast kilka przepisów zapragnęłam odtworzyć. Zrobiłam więc pizzę z winogronami i rozmarynem, a potem zaplanowałam makaron. Jednak nie jestem stworzona do tego, by wiernie trzymać się przepisu. 
Z oryginalnego został, więc tylko makaron i bułka tarta.
Wyszło niesamowicie smacznie, więc nie mogłam nie podzielić się tym przepisem.


Bucatini z bułką tartą, pietruszką i suszonymi pomidorami - 2 porcje:
1 łyżka masła
1 łyżka oliwy
3 łyżki bułki tartej (najlepiej domowej)
skórka z 1 cytryny
3 łyżki posiekanej natki pietruszki
2 łyżki orzeszków pinii (mogą być obrane ze skórek i drobno posiekane migdały)
szczypta pieprzu
50g sera grana padano (może być parmezan)
1 łyżeczka oliwy
1/4 szklanki wody z gotowania makaronu
250g makaronu bucatini lub spaghetti
6-8 połówek suchych suszonych pomidorów


W garnku zagotowałam osoloną wodę na makaron.
Gdy woda się podgrzewała, przygotowałam pozostałe składniki.
Suche suszone pomidory są dość miękkie, więc pokroiłam je w kosteczkę. Można je wcześniej namoczyć przez 10 minut w odrobinie wrzątku, ale ja tego nie zrobiłam.
Orzeszki pinii podprażyłam na suchej patelni przez ok. 50 sekund po czym przestudziłam i posiekałam z grubsza.
Natkę pietruszki posiekałam niezbyt drobno. Ser starłam bardzo drobno.
Niewoskowaną cytrynę umyłam starannie i starłam z niej żółtą część skórki, na tarce o drobnych oczkach.
Na patelni rozgrzałam 1 łyżkę oliwy oraz 1 łyżeczkę masła, wrzuciłam bułkę tartą i podsmażałam przez 2 minuty, następnie dodałam pokrojone pomidory i podsmażałam jeszcze 1-2 minuty razem. Przesypałam do miseczki. 
Makaron wrzuciłam na wrzątek i ugotowałam zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu. Odcedzając zachowałam 1/4 szklanki wody z jego gotowania.
Na patelnię po smażeniu bułki tartej wlałam łyżeczkę oliwy z oliwek, rozgrzałam na średnim ogniu, dorzuciłam makaron, posypałam równomiernie startym serem i wlałam zachowaną wodę. Zwiększyłam nieco płomień i mieszałam chwilę do rozpuszczenia sera. Dodałam posiekane orzechy oraz natkę, szczyptę pieprzu i wymieszałam raz jeszcze. Wyłączyłam płomień, dodałam skórkę cytrynową, zamieszałam i natychmiast nałożyłam na talerze. Posypałam każdą porcję bułką tartą z suszonymi pomidorami i natychmiast podałam.

sobota, 17 listopada 2018

Gofry serowe ze smażonymi pomidorami



No dobra! 
Udowodniliście, że też lubicie gofry z wytrawnymi dodatkami. 
Tłumne odwiedziny wpisu z ostatnim przepisem na gofry, przekonały mnie do dalszych eksperymentów.
Dziś postawiłam na ulubiony ser mojej córki.
Paulina nie lubi sera. Od zawsze gardziła wszelkimi odmianami, a ja wciąż bez ustanku próbuję ją przekonać. Znalazł się wreszcie jeden gatunek, który jada chętnie i bez oporu.
To nasz rodzimy Bursztyn. Nie jest to żadna reklama, a jedynie dowód na to, że jeśli Wasze dzieci też deklarują awersję do sera, to jest jednak cień nadziei, że kiedyś jakiś ser im zasmakuje.
Zatem nie poddawajcie się i testujcie kolejne. 
Możliwe jednak, że jest tak, że wszyscy domownicy kochają ser. Wtedy z pewnością ucieszą się z tych gofrów.

Gofry - ok.10 sztuk:
250g mąki pszennej 
315g mleka
3 średnie jajka
90g masła
1 łyżeczka cukru
1 i 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
spora szczypta soli
80-90 g startego sera bursztyn lub innego ulubionego twardego sera
1/4 - 1/3 pęczka dymki  drobno posiekanej

Dodatkowo: 
ok. 25 pomidorów koktajlowych
odrobina oleju rzepakowego
sól, pieprz czarny świeżo mielony
2 łyżki posiekanej natki pietruszki


Mąką wymieszałam z proszkiem do pieczenia. Masło rozpuściłam w rondelku i odstawiłam do ostudzenia. Jajka wybiłam rozdzielając białka od żółtek. Białka ubiłam ze szczyptą soli na niezbyt sztywną pianę. Używając rózgi rozmieszałam żółtka z mlekiem i cukrem, następnie dodałam ostudzone masło i dalej mieszając dodawałam stopniowo mąkę z proszkiem do pieczenia. Gdy wszystko dobrze się połączyło, wmieszałam do masy pianę z białek. Na koniec dodałam starty ser oraz posiekaną dymkę i bardzo delikatnie wymieszałam całość.
Rozgrzałam dobrze gofrownicę. Nakładałam porcje ciasta, ale nie tak by było go dużo. Trzeba pamiętać, że proszek do pieczenia spowoduje wyrastanie ciasta. 
Piekłam gofry przez 3-4 minuty na złoty kolor.

 Pomidory umyłam, osuszyłam, każdy przekroiłam na pół. Na patelni rozgrzałam odrobinę oleju, wrzuciłam na mocno rozgrzaną pomidory i smażyłam na mocnym ogniu przez 2-3 minuty, co jakiś czas mieszając. Mają być miękkie, a niektóre nawet przypieczone. Na koniec oprószyłam solą, pieprzem oraz pietruszką.
Gotowe gofry podałam z ciepłymi pomidorami.

czwartek, 15 listopada 2018

Gofry z jajkiem na miękko i pieczarkami


Wszyscy kochają gofry na słodko, a ja jak zwykle muszę iść pod prąd, bo zdecydowanie bardziej lubię gofry z wytrawnymi dodatkami. Nie żebym gardziła tymi na słodko, ale 9 na 10 razy kiedy robię gofry dla siebie, okazują się być bazą do stworzenia czegoś na kształt kanapki. Mój ulubiony zestaw do gofrów to grzyby i jajko. Robi się błyskawicznie, a prezentuje bardzo efektownie. 
No i ten smak. 
Jeśli macie ochotę na zestaw ze zdjęcia, to nie rezerwujcie całego popołudnia na gotowanie. Wystarczy Wam kilkanaście minut i to cudo wyląduje na Waszym talerzu. 
Przekonałam Was?

Gofry - ok.10 sztuk:
250g mąki pszennej 
315g mleka
3 średnie jajka
90g masła
1 łyżeczka cukru
1 i 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia
spora szczypta soli

Mąką wymieszałam z proszkiem do pieczenia. Masło rozpuściłam w rondelku i odstawiłam do ostudzenia. Jajka wybiłam rozdzielając białka od żółtek. Białka ubiłam ze szczyptą soli na niezbyt sztywną pianę. Używając rózgi rozmieszałam żółtka z mlekiem i cukrem, następnie dodałam ostudzone masło i dalej mieszając dodawałam stopniowo mąkę z proszkiem do pieczenia. Gdy wszystko dobrze się połączyło, wmieszałam do masy pianę z białek. 
Rozgrzałam dobrze gofrownicę. Nakładałam porcje ciasta, ale nie tak by było go dużo. Trzeba pamiętać, że proszek do pieczenia spowoduje wyrastanie ciasta. 
Piekłam gofry przez 3-4 minuty na złoty kolor. 

Dodatki:
10 pieczarek
odrobina oleju do smażenia
4-5 jajek
cebulka dymka
świeżo mielony pieprz czarny 

Pieczarki umyłam, osuszyłam i obrałam. Pokroiłam je w grube plastry i na skropionej olejem patelni usmażyłam na złocisty kolor z obu stron. Usmażone oprószyłam solą.

W garnku zagotowałam wodę. Na wrzątek powoli włożyłam zimne jajka i gotowałam 5 minut. Odlałam wrzątek i zalałam jajka zimną wodą. Po dwóch minutach odlałam wodę i obrałam ostrożnie jajka. 

Dymkę posiekałam drobno. 

Na gofrach ułożyłam usmażone pieczarki, po 1 jajku na dwa gofry i posypałam posiekaną dymką oraz świeżo mielonym czarnym pieprzem. 

niedziela, 11 listopada 2018

Migdałowo-kokosowe batony z ananasem


Od razu zaznaczam, że słaby blender nie da rady, a nawet mocny przycina. Mozolne jest miksowanie tego przysmaku, ale jest możliwe. Najlepiej jednak namoczone migdały solidnie posiekać przed miksowaniem, przynajmniej teraz bym tak zrobiła. Miksowałam w całości, więc blender zatrzymywał się co kilka sekund i musiałam mozolnie go oczyszczać, by móc kontynuować. Było jednak warto.
Chciałam coś słodkiego, coś wegańskiego i żeby jeszcze było ciekawe. No i chyba się udało. Nie trzeba piec, ale trzeba się wysilić. Za to miłośnicy łakoci zadowoleni jak nie wiem co. Kolejny walor, że to batony bez pieczenia z dosłownie kilku składników, a w dodatku są wegańskie.

Kostka migdałowo-kokosowa z ananasem:

170g migdałów
60g wiórków kokosowych
6 łyżek gorącej wody
1 łyżeczka oleju kokosowego (można pominąć)
3 łyżki cukru
2 łyżki liofilizowanego ananasa
1 łyżka płatków migdałowych

Wieczorem zalać migdały przegotowaną gorącą wodą i zostawić na noc do namoczenia. Rano obrać ze skórki, posiekać i wrzucić do pojemnika blendera. Dodać wiórki kokosowe, wodę, cukier oraz olej kokosowy i miksować do czasu uzyskania w miarę gładkiej, gęstej pasty. Moja ostatecznie nie była całkiem gładka i też wyszło super.
Małą foremkę  wyłożyłam folią spożywczą, włożyłam do niej masę i równomiernie rozprowadziłam dociskając. Posypałam wierzch pokruszonym, liofilizowany ananasem i płatkami migdałowymi. Docisnęłam je palcami, zakryłam pojemnik folią aluminiową i wstawiłam do lodówki na 8 godzin. Może tam leżeć sporo dłużej.
Przed podaniem pokroiłam nożem w kostkę. 

środa, 7 listopada 2018

Kopytka z dynią



Jak wiecie robiłam ostatnio sos serowy bez sera, za to z dynią. Zostało mi nieco ponad pół dyni piżmowej, więc wrzuciłam ją do piekarnika z piekącymi się ziemniakami, a po ostudzeniu wylądowała w lodówce. Wytrzymała tam dzielnie trzy dni, ale nie chciałam czekać dłużej, bo mogłaby się rozmyślić i zepsuć. Tylko co zrobić z taką dynią pomyślałam?
No dobra, wcale tak nie pomyślałam, bo niby czemu kupiłam wcześniej szałwię. 
Już zanim przekroiłam dynię, wiedziałam że z części zrobię kopytka. Dyni było zbyt mało, więc dołożyłam trochę ziemniaków, sera i wyszły super pyszne kluski dla dużych i małych.

Moje dziecko choć uwielbia zioła, to na szałwię patrzy raczej podejrzliwie, więc dla niej do kopytek odgrzałam sos pomidorowy, który jest "resztką" Gdy robię pizzę to zawsze zostaje mi mały słoiczek gotowego sosu , który wkładam po prostu do zamrażalnika, a w takich  sytuacjach wyciągam. Uśmiecham się później do siebie z satysfakcją.

Dla mnie kopytka z dyni, koniecznie z masłem szałwiowym i dodatkowym serem. 

Tak w skrócie prezentuje się moje szanowanie jedzenia. Dla kogoś trzy łyżki sosu pomidorowego na dnie garnka, to tylko śmieć, który po prostu się wylewa. Dla mnie to coś, co można wykorzystać właśnie w takiej sytuacji. I nie chodzi tylko o szacunek do jedzenia, czy wykorzystanej energii, ale ja zyskuję też czas, a moi bliscy dostają jedzenie, które lubią najbardziej. 
Pomyślcie też o pieczonych warzywach, gdy planujecie piec coś innego, korzystajcie z faktu, że piekarnik pracuje. Piekłam ziemniaki, więc obok nich w folii piekła się dynia na kopytka. Oszczędzajcie czas oraz energię i przede wszystkim nie marnujcie jedzenia.

Kopytka z dynią - składniki na 3-4 porcje:
300g upieczonej dyni piżmowej
400g ziemniaków ugotowanych w mundurkach (zważone po obraniu)
1 średnie jajko
30g startego sera grana padano lub parmezanu
2 szczypty gałki muszkatołowej
szczypta czarnego pieprzu mielonego
1/2 łyżeczki soli 
1 łyżka mąki ziemniaczanej
120g mąki pszennej + mąka do podsypywania

Dynię przekroiłam na pół, wybrałam nasiona łyżką, zawinęłam kawałki dyni w folię aluminiową. Piekarnik rozgrzałam do temperatury 200 stopni C. Dynię wstawiłam na kratkę piekarnika i piekłam ok. 40 minut, następnie wyłączyłam piekarnik i zostawiłam dynię w stygnącym piecu jeszcze przez 25 minut.
Upieczoną dynię obrałam i pokroiłam w kostkę. Ugotowane, jeszcze ciepłe ziemniaki obrałam i pokroiłam na kawałki. Dynię i ziemniaki rozgniotłam starannie praską do ziemniaków, na gładkie puree. Pozostawiłam do ostudzenia. Dodałam przyprawy, ser, jajko oraz mąkę pszenną oraz ziemniaczaną i wymieszałam starannie. 

W dużym garnku zagotowałam osoloną wodę.

Blat oprószyłam mąką i nabierałam po dużej, kopiastej łyżce masy, obtaczałam w mące formując niezbyt gruby wałek. Kroiłam na krótkie 1-1,5 cm odcinki. Ja swoje rolowałam zewnętrzną powierzchnią ząbków widelca, ale nie trzeba. 
Wrzucałam do gotującej wody, gdy wypłynęły gotowałam jeszcze przez ok.10-15 sekund. Z pozostałym ciastem postąpiłam w taki sam sposób. 

Podałam gorące z sosem pomidorowym, a kolejną porcję palonym masłem szałwiowym i startym parmezanem. 
Aby przygotować masło szałwiowe wystarczy na patelnię wrzucić 1-2 łyżki masła, podgrzać, następnie wrzucić na rozpuszczone masło listki szałwii i podsmażać ok. 30 sekund do 1 minuty. Po tym czasie wyłączam źródło ciepła i przygotowanym masłem z szałwią polewam kluski.

wtorek, 6 listopada 2018

Wegański mac & cheese


 
Tłumnie odwiedzacie stronę z przepisem na wegański sos serowy, więc jesteście już pewnie gotowi na kolejny przepis z jego udziałem. Danie jest banalnie proste, pyszne i niezwykle sycące.
Klasyczny mac & cheese to po prostu makaron z sosem serowym. 
Ten smakuje równie dobrze jak oryginał, więc jeśli z musu lub wyboru nie jadacie nabiału, to ten makaron z serem bardzo Was ucieszy.

Wegański mac & cheese - przepis na 2-3 porcje:
300g makaronu kolanka 
7 łyżek wegańskiego sosu serowego 
2 pomidory malinowe
2 łyżki oleju rzepakowego, kokosowego lub oliwy z oliwek
3-4 łyżki bułki tartej

Jednego pomidora przekrawam na pół, oczyszczam z nasion, a miąższ ze skórką kroję w kosteczkę. Drugiego pomidora pozbawiam szypułki i wraz ze skórką kroję na cienkie plasterki. Makaron gotuję al dente w lekko osolonej wodzie. 
Piekarnik rozgrzewam do temperatury 200 stopni C.
Odcedzam makaron, mieszam z sosem i pokrojonym w kostkę pomidorem. Przekładam całość do żaroodpornego naczynia. Na wierzchu układam plastry pomidora i wkładam do piekarnika na 10-12 minut.
Na patelni rozgrzewam olej, dorzucam bułkę tartą i podsmażam przez 2-3 minuty, do czasu gdy się nieco zrumieni. 
Gotową zapiekankę posypuję zrumienioną bułką tartą.

sobota, 3 listopada 2018

Wegański sos serowy


  

Marzy Wam się gęsty i kremowy serowy sos do makaronu, albo do maczania frytek, ale jesteście na diecie wegańskiej lub nie możecie jeść nabiału.
Czy to już koniec marzeń o serowym sosie?
Absolutnie nie!
Jeśli już gotowaliście razem ze mną wegańskie jedzenie, to wiecie że są niezawodne składniki, dzięki którym zyskujemy mnóstwo smaku umami oraz jeden magiczny dodatek, dzięki któremu dania smakują serem, choć nie ma go w nich ani grama.
Dziś znów sięgam po mój arsenał sprawdzonych przypraw, by pokazać Wam że serowy sos bez sera jest na wyciągnięcie ręki.
Nie byłabym sobą, gdybym nie dorzuciła meksykańskiego akcentu, więc odlałam na koniec trochę sosu i dorzuciłam nieco chipotle. Trochę pikanterii nie zaszkodzi, ale jeśli nie macie tej cudnej papryczki, albo po prostu nie chcecie by Wasz sos był pikantny, to wystarczy, że pominiecie ten składnik i po prostu wykorzystacie bazowy sos.

Inspirację do powstania tego przepisu zaczerpnęłam z książki "The Wicked Healthy Cookbook" aut. Chad Sarno, Derek Sarno & David Joachim.


Wegański sos serowy z dynią:
2 szklanki miąższu dyni piżmowej pokrojonego w kostkę
100 g orzechów nerkowca namoczonych na noc
2 łyżki octu ryżowego
5 ząbków czosnku
2 kopiaste łyżeczki pasty miso
3 łyżki nieaktywnych płatków drożdżowych
1 i 3/4 płaskiej łyżeczki soli
2 szklanki mleka sojowego
1 łyżeczka czarnego pieprzu mielonego
1/2 łyżeczki białego pieprzu mielonego
1 łyżeczka wędzonej papryki w proszku
1/5 łyżeczki ostrej papryki w proszku

Połowę dyni obrałam i pokroiłam w kostkę. Odmierzyłam 2 szklanki miąższu. Drugą połowę dyni upiekłam razem z ziemniakami, będzie jak znalazł np. do zrobienia kopytek. 

Orzechy wieczorem zalałam przegotowaną i ostudzoną wodą. 
Rano odsączyłam je z wody, wrzuciłam do garnka razem z odmierzoną dynią i obranymi ząbkami czosnku, dodałam dwie łyżki octu ryżowego, 4 szklanki wody, przykryłam i zagotowałam. 
Gotowałam pod przykryciem na wolnym ogniu przez 20 minut, następnie odcedziłam i wrzuciłam dynię z orzechami i czosnkiem do pojemnika blendera. Dodałam przyprawy i zmiksowałam powoli na papkę, następnie dolałam szklankę mleka sojowego i dalej miksowałam przez ok. 1 minutę. Dolałam kolejną szklankę mleka sojowego i miksowałam 1,5 minuty do uzyskania bardzo gładkiego, jednolitego sosu. Gotowy sos można przechowywać w szczelnie zamkniętym słoiku, w lodówce, do jednego tygodnia.

Ja przelałam większość do dużego słoja, zostawiając 3/4 szklanki sosu w pojemniku blendera. Dorzuciłam 1/4 papryczki chipotle i zmiksowałam pozostały sos. Przelałam go do słoiczka i podałam do pieczonych ziemniaków. To oczywiście wariacja na temat sosu. Można chipotle dodać do całości, można nie dodawać wcale i zajadać się sosem podstawowym, który jest absolutnie przepyszny.

Do czego przyda się taki sos?

Do lasagne, do makaronów, w tym do słynnego mac & cheese, do frytek i pieczonych ziemniaków, do cheeseburgera fasolowego lub grzybowego. Opcji jest całe mnóstwo. Sosu zostało tak dużo, że pewnie w najbliższych dnia pojawi się kolejny pomysł na jego wykorzystanie.

Jeśli chcecie zrobić pieczone ziemniaki ze zdjęcia, to przepis znajdziecie tutaj