niedziela, 4 lutego 2018

#veganweek dzień 1

Wczoraj był pierwszy dzień mojego wegańskiego wyzwania. 
Tak to wyzwanie, dla kogoś kto uwielbia sery, kapkę mleka do kawy, masło do grzanki i jajko na miękko na śniadanie. Ale moje ciało ostatnio wyraźnie dopomina się rezygnacji z pewnych produktów. Mój układ pokarmowy nie toleruje mięsa (po mięsie mam potworne mdłości i nierzadko bóle żołądka), zauważyłam także, że nie służą mi ostatnio żadne produkty zwierzęce. Zatem choć nie na stałe (podkreślam to jak obłąkana), to jednak na tydzień postanowiłam rozstać się ze wszystkimi produktami odzwierzęcymi i przetestować na sobie dietę wegańską.

Dzień zaczęłam dwiema grzankami z dużą ilością wegańskiej tapenady i herbatą.
Przed obiadem wypiłam miętę.
Na obiad zjadłam gulasz z soczewicy z batatem (w oryginale z dynią), jarmużem i pomidorami. Podałam go z pęczakiem. Był zachwycająco rozgrzewający i to dopiero ten posiłek dał mi mega kopa do działania. Skorzystałam z przepisu znalezionego w książce Marty Dymek "Jadłonomia". Zrobiłam soczewicę z połowy składników, a i tak było tego pół garnka zatem zostało sporo, aby poczęstować dziś moją mamę i córkę.
Nawiązując do Marty Dymek to jest ona absolutnym autorytetem w dziedzinie kuchni roślinnej, a jej książki są fenomenalne. Mam obydwie i jestem nimi oczarowana, również jej blog to fantastyczne źródło inspiracji. Zatem jeśli jakimś cudem jeszcze tej osoby nie znacie, to czym prędzej to nadróbcie.
Kolacja to znów grzanki z tapenadą, bo część została, więc grzechem byłoby nie zjeść.
Refleksja po pierwszym dniu...Cóż, ani przez moment nie była głodna, żadnych napadów wilczego apetytu, które w normalnych dniach mi się zdarzają. Przez większość dnia czułam się pełna energii i lekka jak piórko. Błąd który niestety popełniłam, a jako wykształcony dietetyk popełnić nie powinnam to brak białkowego elementu w śniadaniu, które w moim odczuciu nie nasyciło mnie tak jak powinno.
Dziś drugi dzień i zacznę go totalnie inaczej. Śniadanie będzie ciepłe, będzie w nim sporo białka i węglowodanów i z pewnością będzie mega pożywne. Ale o tym co jem dziś dowiecie się jutro. Jeśli jednak chcecie dowiedzieć się już dziś to zapraszam na mój instagram. 

Obiecałam prezentować koszty zatem:

Soczewica z jarmużem, pomidorami i wędzoną papryką podana z pęczakiem to koszt ok. 8,4 zł za porcję - byłoby jeszcze taniej gdybym zamieniła czarną soczewicę na brązową lub zieloną.
Tapenady otrzymujemy dwie porcje z których każda to koszt  4,25 zł
Zjadłam w sumie pół bagietki razowej to koszt ok. 1,9 zł
Moje całodzienne wegańskie wyżywienie kosztowało zatem 18,80 zł
Obiad idealnie nadawałby się do zabrania ze sobą w lunchboxie, bowiem nawet na zimno jest super smaczny i łatwo go również odgrzać. Jako dietetyk dodałabym przekąski, na które jednak wczoraj nie miałam czasu. Wystarczyłoby przed obiadem zjeść jabłko, a na podwieczorek garść orzechów lub pestek dyni.
Co do wartości odżywczych, to postaram się w najbliższych dniach uzupełnić wpisy o ten element, potrzebuję bowiem czasu, a dziś i jutro będzie to u mnie towar deficytowy.



Zostawiam również przepis na wegańską wersję tapenady, która jest szałowa w smaku i bardzo prosta do przygotowania.

Wegańska pasta z oliwek
90g czarnych oliwek 
20g kaparów
1 ząbek czosnku
3 szczypty soli morskiej
spora szczypta pieprzu
3 łyżki dobrej oliwy z oliwek

Wszystkie składniki umieszczam w pojemniku blendera i miksuję do czasu uzyskania pasty. Przechowują w słoiku w lodówce nawet do 4-5 dni (jeśli robię z większej ilości składników, ta podana pozwoli uzyskać mały słoiczek).

Ta pasta jest świetna do kanapek, ale również do makaronu, na ciepło.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza