wtorek, 21 listopada 2017

Chałka z pieczonymi grzybami i jajkiem sadzonym (Yotam Ottolenghi)


         Perfekcyjnie dobrane przyprawy, idealne połączenie tekstur i smaków, doskonale opracowane proporcje. Przygotowując potrawę z któregokolwiek przepisu, którego autorem jest Yotam Ottolenghi, możecie być pewni sukcesu. Nie inaczej jest z tą recepturą.
 To pomysł na idealne weekendowe śniadanie. 
Sprawdzi się szczególnie w niedzielny poranek, gdy dysponujemy większą ilością czasu.
Zmodyfikowałam odrobinę przepis i zamiast brioche użyłam chałki, a zamiast jajka w koszulce pojawiło się jajko sadzone. Wyszło pysznie!

Chałka z pieczonymi grzybami i jajkiem sadzonym - 2 porcje:
 2 grube (2-2,5cm) plastry chałki
200g portobello (brązowych pieczarek) - 4 przeciętnej wielkości sztuki
3 łyżki oleju rzepakowego
1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
mała szczypta płatków chili
2 jajka 
1 nieduży ząbek czosnku
pieprz
kilka listków bazylii
50g kwaśnej śmietany 18 % tłuszczu

Piekarnik nagrzewam do 200 stopni C.
Pieczarki myję i kroję na dość duże kawałki. Połowę czosnku miażdżę, mieszam w miseczce z połową oleju, 1/4 łyżeczki soli, sporą szczyptą pieprzu i połową porcji cynamonu. Pieczarki mieszam z przyprawionym olejem i układam nie w naczyniu żaroodpornym wyłożonym papierem do pieczenia. Piekę przez 15 minut. 
Drugą połowę ząbka czosnku miażdżę, mieszam z resztą oleju, pozostałym cynamonem i płatkami chili. Kromki chałki smaruję z jednej strony przyprawionym olejem i tą stroną do góry układam na kratce w piekarniku. Piekę 6-7 minut, do czasu gdy staną się złoto-brązowe i chrupiące.
Bazylię kroję na paski.

Jajka wybijam do miski, oprószam solą i smażę na dobrze rozgrzanej patelni natłuszczonej niewielką ilością oleju.

Ciepłe kromki upieczonej chałki układam na talerzach. Upieczone grzyby obtaczam w posiekanych listkach bazylii i układam na chałce oraz obok. Na każdą grzankę kładę usmażone jajko. Podaję z kwaśną śmietaną.

niedziela, 19 listopada 2017

Pierogi ruskie


Czy Wasze dzieci też tak szybko rosną? 
Moja córka dopiero wstała na nogi, uczyła się mówić, a teraz w prezencie urodzinowym zażyczyła sobie perfumy i to bardzo konkretne, które wyselekcjonowała w perfumerii razem z panią która w tym sklepie pracuje.
Są też inne aspekty jej dorastania, które dotykają tematów np. żywieniowych. Wczoraj po tym jak luźno rzuciłam temat o czytaniu etykiet, prześledziła cały internet tropiąc złe składniki żywności. Zrobiła sobie w głowie listę i postanowiła skrupulatnie sprawdzać co kupujemy. Wieczorem natomiast podczas kolejnej dyskusji żywieniowej, zmuszona byłam sięgnąć po wiedzę fachową i wydobyłam z dna szafy moje książki o żywieniu jeszcze ze studiów. Pierwszy tom przyjęła z wielkim zaciekawieniem i zapowiedziała, że oto od teraz rozpoczyna swoje prywatne, domowe studia. Czeka mnie więc cykl rozmów o ludzkim ciele, trawieniu i składnikach odżywczych. Ale nie tylko to się zmieniło.

Systematycznie zwiększa się też jej otwartość na nowe smaki, i wreszcie odkrywa te, które kiedyś skreśliła.
Jedną z takich potraw są pierogi ruskie. Kiedyś grymasiła i po zjedzeniu jednej sztuki, wstawała od stołu i dziękowała. Wczoraj gdy miała do wyboru zupę pomidorową lub pierogi ruskie wybrała opcję drugą. Choć jestem przeziębiona i ledwo daję rade zagotować wodę na herbatę, ruszyłam do kuchni i zrobiłam dla niej te pierogi. 
Warto było!

Pierogi ruskie - najlepszy przepis
 ciasto:
300g mąki pszennej typ 500 lub 550 
160g ciepłej wody
1 żółtko (białko zachować w miseczce)

farsz:
450g ugotowanych w mundurkach ziemniaków (zważone po obraniu)
200g chudego twarogu
2 duże łyżki podsmażonej na maśle cebuli (łącznie podsmażymy 2 spore cebule, z czego część zostawimy do podania)

dodatkowo:
usmażona na maśle cebula
kwaśna śmietana
świeżo mielony czarny pieprz

Ziemniaki myję, wkładam do garnka, zalewam zimną wodą i doprowadzam do wrzenia. Gotuję do miękkości (sprawdzam po 15 minutach nakłuwając ziemniak widelcem czy jest w środku miękki). Ugotowane ziemniaki odcedzam i zostawiam na 10-15 minut by przestygły. Ważne by wciąż były ciepłe gdy będziemy je obierać. 
Zdejmuję z nich skórkę, kroję na kawałki i przeciskam przez praskę, lub ewentualnie ugniatam starannie tłuczkiem do ziemniaków. Dodaję twaróg i jeszcze raz ugniatam razem tłuczkiem, przy okazji mieszając te dwa składniki.
2 cebule obieram i kroję w drobną kostkę.   Na patelnię wrzucam posiekaną cebulę, dodaję 2 łyżki masła oraz 2 łyżki oleju rzepakowego. Podsmażam cebulę na średnim ogniu, co jakiś czas mieszając. Smażę do czasu gdy stanie się złocista, miękka i słodka (ok. 8-15 minut). 2 łyżki cebuli dodaję do farszu. Doprawiam go do smaku solą i pieprzem. Soli daję dość sporo, pieprzu też, ale zalecam dodawać przyprawy stopniowo, mieszać i próbować. 

Do miski przesiewam mąkę, robię zagłębienie, umieszczam w nim żółtko. Biało zachowuję w miseczce do zlepiania pierogów. Wbijam łyżkę w żółtko i mieszam je z mąką, dolewam stopniowo ciepłą wodę i mieszam zbierając coraz więcej mąki z boków. W końcu zaczynam zagniatać ciasto. Gdy zagniotę kulkę, wyrabiam ją ok 3-5 minut. Powinna stać się gładka i dość plastyczna.

Dzielę ciasto na dwie części. Jedną owijam w ściereczkę i odkładam na blat. Drugą rozwałkowuję cienko. Ciasto powinno mieć 1-2mm grubości. Szklanką lub kieliszkiem do wina wykrawam kółka, ściśle jedno przy drugim. Resztki ciasta zagniatam w kolkę, rozwałkowuję i znów wykrawam kółka. Najmniejsze resztki dołączam do pozostałego ciasta i zaczynam lepić. 
Kładę na lewej dłoni krążek ciasta, palcem umoczonym w białku smaruję brzegi, na środek nakładam kopiastą łyżeczkę farszu i sklejam pieróg. Później raz jeszcze dociskam niezbyt mocno, ale również nie nazbyt delikatnie cała falbankę, to takie drugie zlepianie, które powoduje, że pierogi nie rozklejają się. Odkładam je na omączony blat. Gdy krążki ciasta skończą się, zagniatam pozostałą część ciasta z resztkami, które wcześniej dołożyłam. Rozwałkowuję ciasto i powtarzam całą procedurę do momentu gdy skończy mi się ciasto, lub farsz. 

Mnie z podanych proporcji wyszły 34 pierogi. 

Gotuję na niewielkim ogniu, w osolonym wrzątku przez 9-10 minut. Czas liczę od wrzucenia, nie od wypłynięcia.
Podsmażam partiami na patelni z cebulą, na dość silnym ogniu. 
Podaję z usmażoną cebulą, śmietaną i świeżo mielonym czarnym pieprzem.



piątek, 17 listopada 2017

Brukselka zapiekana z parmezanem Jamiego Olivera


Brukselka to jedno z naszych ulubionych jesienno-zimowych warzyw. Osoby, które za nią nie przepadają, zazwyczaj argumentują to jej gorzkim smakiem. Zaręczam Wam, że musieli mieć totalnego pecha, bo mnie przez ostatnich 5 lat regularnego jadania brukselki w ogromnych ilościach, zdarzyło mi się to raz. Rozumiem jednak, że jeśli ten pechowy "jeden raz" przypadnie na "pierwszy raz" z brukselką to można się zrazić. 
Ponieważ to bardzo zdrowe warzywo, warto dać mu drugą szansę. 
Wybierajcie brukselki ładne, zielone, możliwie bez plam i pożółkniętych zewnętrznych listków. 

Ten przepis przypadnie do gustu tym, którzy brukselkę uwielbiają. 
Jeśli czeka Was pierwszy raz z tym warzywem, zacznijcie od ugotowania jej i zjedzenia z masłem oraz bułką tartą. 

Ten przepis znalazłam na stronie internetowej Jamiego Olivera i natychmiast zapragnęłam przygotować tę brukselkę. Nie wiem czy wiecie, ale w Anglii brukselka towarzyszy wszystkim świątecznym ucztom. I ten właśnie przepis idealnie nadaje się do tego, by przygotować niecodzienną, odświętną brukselkę, którą podamy jako dodatek do dania głównego. Może stanowić również przyjemną zimową kolację. 

Przepis nieco zmodyfikowałam, zwiększając ilość skórki cytrynowej i obgotowując wcześniej brukselkę.

Brukselka wg Jamiego Olivera składniki na 2 spore porcje:
500g brukselki
1 łyżka oliwy z oliwek
2 szczypty płatków chili
skórka z jednej cytryny
2 łyżki startego parmezanu

Piekarnik rozgrzewam do temperatury 200 stopni C.
Brukselki obieram w razie potrzeby z wierzchnich liści (robię to jeśli mają jakieś przebarwienia) i każdą przekrawam na pół. Płuczę brukselkę i wrzucam na osolony wrzątek. Gotuję 5 minut. Odcedzam i przekładam do naczynia żaroodpornego. Skrapiam oliwą, posypuję połową skórki cytrynowej oraz płatkami chili i rękoma mieszam wszystko. Wkładam do rozgrzanego pieca i zapieka 10 minut, po upływie tego czasu wyjmują brukselkę, posypuję ją równomiernie startym serem i wkładam do piekarnika na kolejne 10-12 minut. 
Przed podaniem posypuję całość resztą skórki cytrynowej. 

niedziela, 12 listopada 2017

Bułeczki czekoladowo-orzechowe z lukrem piernikowym


Zbliżają się święta i choć jeszcze pozostało kilka tygodni, to jednak postanowiłam rozpocząć eksperymenty, które pozwolą mi wyłonić słodkości, które będą towarzyszyły nam w grudniu. Dla mnie grudzień to nie tylko czas przygotowań do Bożego Narodzenia, ale również moment w którym moja córka ma urodziny. Zatem ten miesiąc jest dla mnie podwójnie wyjątkowy.

Od zawsze najchętniej pracuję z ciastem drożdżowym. Przy jego wyrabianiu można się zamyślić, zagapić i nic się nie stanie. Gdybym tak zatopiła się w myślach przy kruchym, wszystko bym przecież popsuła.Gniotę starannie, a czasem od niechcenia, raz mocniej, raz delikatniej, rozciągam, zakładam. Lubię zabawę z ciastem drożdżowym, dlatego właśnie od drożdżowego wypieku zaczęłam swoje próby.

Bułeczki drożdżowe są zawsze na topie. Sprawdzają się o każdej porze roku, bo są pyszne bez względu na dodatki. Jesienią i zimą najlepsze do słodkich wypieków się bakalie, jesienne owoce i czekolada.
Dzisiejsze bułki są naprawdę niezwykłe w smaku.
W środku czekolada i orzechy laskowe, a na wierzchu piernikowy lukier i skórka pomarańczowa.
Zanim upiekłam miałam wątpliwości, czy aby nie przesadziłam z ilością smaków, ale okazało się że to połączenie jest strzałem w dziesiątkę. 

Bułeczki czekoladowo-orzechowe z lukrem piernikowym i skórką pomarańczową (18 bułeczek)
ciasto:
580g mąki pszennej
2 średnie jajka
3 łyżki cukru
1/3 łyżeczki soli
60g masła roztopionego i ostudzonego
szklanka mleka
20g świeżych drożdży

nadzienie:
50g gorzkiej czekolady 70% kakao
65g masła rozpuszczonego i ostudzonego
80g cukru trzcinowego
40g orzechów laskowych posiekanych

do posmarowania przed pieczeniem
1 jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka

na wierzch:
cukier puder 8 łyżek
woda 2-2,5 łyżki
1-1,5 łyżeczki przyprawy do piernika
kandyzowana skórka pomarańczowa

Mleko podgrzewam by było letnie, dodaję 1 łyżkę cukru oraz drożdże, dokładnie mieszam i odstawiam na 10 minut. Mąkę wsypuję do miski, dodaję pozostały cukier, sól, masło, jaja oraz mleko z drożdżami. Mieszam, a później zagniatam ciasto. Wyrabiam je przez 5-10 minut. Kulę ciasta przekładam do miski, przykrywa czystą zwilżoną ściereczką i odstawiam na godzinę do wyrośnięcia.

Czekoladę ścieram na tarce o grubych oczkach, dodaję ją do masła, dosypuję cukier i mieszam.

Ciasto dzielę na dwie części. Z każdej wałkuję prostokąt o bokach mniej więcej 25/35-40cm.
Na cieście rozsmarowuję porcję masy czekoladowo-maślanej, posypuję posiekanymi orzechami i wzdłuż dłuższego boku zwijam w roladę. Kroję w 2-3cm odstępach i układam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia niezbyt ściśle. Między bułeczkami zostawiam 3-4 cm odstępu by mogły wyrosnąć swobodnie. Będzie trzeba piec w dwóch partiach, ponieważ naraz wszystkie bułeczki nie zmieszczą się na jednej blasze.

Zostawiam do wyrośnięcia na 45 minut.
Piekarnik nagrzewam do 200 stopni C.

Przed pieczeniem bułki smaruję jajem roztrzepanym z mlekiem. Piekę 8-12 minut.
Studzę.
Z cukru pudru, przyprawy do piernika i wody przygotowuję lukier,  następnie dekoruję nim bułeczki i dokładam skórkę pomarańczową.

sobota, 11 listopada 2017

Grzybowy ramen



Dostosowuję swoje gotowanie do pory roku. Nie robię tego z rozmysłem. To dzieje się samo, po prostu, bez ingerencji z mojej strony. 
Rosół to w naszym domu stały punkt jesiennego i zimowego jadłospisu. Jadamy go by poprawić sobie nastrój, by rozgrzać ciało po powrocie do domu, by się odprężyć. Ja równie chętnie co tradycyjny rosół jadam ramen. Nie wiem dlaczego, ale ta zupa mnie uspokaja. Zarówno podczas jej przygotowywania jak i w trakcie jedzenia, czuję ogromną przyjemność. 
Wypróbujcie ten przepis i sprawdźcie czy na Was też tak działa. W każdym razie, życzę Wam tego z całego serca.

Ramen który dziś przedstawiam jest wegański, co nie znaczy że pozbawiony umami. Wręcz przeciwnie. Dołożyłam wszelkich starań, by nie zabrakło w nim piątego smaku. Są więc wodorosty kombu, pasta miso i sos sojowy. Oprócz tego suszone grzyby i mnóstwo warzyw. Bulion ma oszałamiający zapach i smak. 
Żeby był idealny muszą się w nim jednak znaleźć wszystkie podane składniki. Trzeba również pilnować by nie zagotować bulionu z glonami, bo wtedy nadadzą mu gorzkiego posmaku. Lepiej wyjąć je o minutę za wcześnie, niż o sekundę za późno.


Ramen grzybowy - przepis
bulion:
13 szklanek zimnej wody (12+1 do namoczenia kombu)
2 duże marchewki
1 duża pietruszka
1/4 dużego selera
2 ząbki czosnku
1/2 dużej cebuli przypalonej na suchej patelni
biała część dużego pora
2 łyżeczki ziaren czarnego pieprzu
1/2 łyżeczki soli
1 łyżeczka oleju
8 suszonych grzybów shitake
5g suszonych podgrzybków lub prawdziwków
3g suszonych wodorostów kombu (wcześniej namoczonych)

dodatkowo:
1 płaska łyżka pasty miso
4 łyżki sosu sojowego

do podania:
szczypiorek lub dymka
ugotowane grzyby shitake
makaron ramen
ewentualnie rozdrobniony różowy pieprz
 
W dniu poprzedzającym gotowanie ramenu namaczam wodorosty.
Kombu wycieram zwilżoną ściereczką i zalewam szklanką zimnej wody i odstawiam na 12 godzin. 


Warzywa obieram, kroję na mniejsze kawałki, zalewam zimną wodą, dodaję suszone grzyby, pieprz, sól oraz olej. Na wierzch wkładam kombu i wlewam wodę z jego moczenia. Włączam palnik i doprowadzam do wrzenia. Cały czas kontroluję temperaturą, ponieważ kombu należy wyjąć z garnka tuż przed zagotowaniem. Ja używam termometru szpikulcowego i wydobywam glony gdy temperatura mierzona przy dnie garnka osiągnie 90 stopni C. Jeśli nie macie termometru po prostu sprawdzajcie. Wystarczy łyżeczka. Nabieramy na nią wody z garnka, dotykamy palcem. Gdy jest niemiłosiernie gorąca, czas wyjąć wodorosty. Jak już pisałam, lepiej wyjąć glony zbyt wcześnie, aniżeli za późno. Gotuję bulion na średnim ogniu przez 2,5 godziny.
Na 30 minut przed końcem gotowania dorzucam grzyby shitake.

Tofu kroję, marynuję i smażę. Przepis na moje ulubione tofu znajdziecie na stronie. Odnośnik znajduje się w liście składników.

Ugotowany bulion odcedzam, dodaję do niego sos sojowy i pastę miso. Dokładnie mieszam by rozprowadzić pastę.  Przed podaniem trzeba zawsze bulion dobrze zamieszać.
Z podanych składników wyszło mi tyle bulionu by napełnić 4-6 misek. 
Z bulionu zachowuję grzyby shitake. Gdy jest taka potrzeba gotuję kilka grzybków do podania. Możecie wrzucić ich po prostu więcej do gotującego się bulionu.

Do misek nakładam ugotowany makaron, smażone tofu, nalewam gorący bulion i posypuję sienaknym szczypiorkiem lub dymką. Na wierzch dokładam po dwa ugotowane grzyby. 

Nadwyżkę bulionu można zamrozić. Sprawdzi się w sytuacji, gdy zapragniecie zjeść ten pyszny ramen, a zabraknie Wam czasu na jego ugotowanie.


wtorek, 7 listopada 2017

Wegański mus czekoladowy - najlepszy przepis


Zdrowy deser nie wymagający wiele pracy w dodatku smaczny, wegański, bezglutenowy i nie zawierający nabiału oraz cukru.
Król deserów - mus czekoladowy! Pokochają go dzieciaki. Pokochacie go Wy!
Żeby mieć mus w kilka chwil trzeba jednak pamiętać o tym by namoczyć wieczorem orzechy, inaczej nie będzie perfekcyjnie gładki i aksamitny.


wegański mus czekoladowy - najlepszy przepis - składniki na 4 małe porcje
140g orzechów nerkowca
120g suszonych daktyli
35g ciemnego kakao
35g oleju kokosowego
pół szklanki letniej wody przegotowanej i ostudzonej
szczypta soli


Orzechy zalać przegotowaną, letnią wodą, przykryć i zostawić na noc do namoczenia. Daktyle, również zaleć przegotowaną ostudzoną wodą, ale w dużo mniejszej ilości i również zostawić na noc do namoczenia. (Ja swoje daktyle namaczałam tylko 2 godziny i też były ok. z orzechami bym tego nie próbowała)
Rano odlać wodę z daktyli i orzechów. Wrzucić je do pojemnika blendera, dodać kakao, olej kokosowy, sól i połowę wody. Miksować przez 2 minuty stopniowo dodając wodę w razie potrzeby. Łącznie blendować przez 3-4 minuty, aż do uzyskania gładkiej konsystencji. Przełożyć do słoiczków lub literatek i wstawić do lodówki na minimum 3 godziny.

Najlepsza zabawa jest przy dekorowaniu. Można polać mus solonym karmelem (wegańskim lub tradycyjnym) dodać bitą śmietanę tradycyjną lub kokosową, posypać posiekanymi orzechami, skórką pomarańczową lub udekorować owocami.
Taki mus jest dobrą opcją słodkiego drugiego śniadania do szkoły.
Ja nakładam jedną porcję do ładnego, małego słoiczka i rano daję córce do plecaka wraz z łyżeczką.
Nikt nie jest w stanie mu się oprzeć.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Bento inspiracje - nr.02



Dziś wrzucam kolejną pyszną bento inspirację. 

1.Pieczone bataty z czarnym sezamem
2. makaron muszelki z sosem z pomidora, pomidorkami koktajlowymi i świeżą bazylią 
3. słupki ulubionego sera (na zdjęciu bursztyn)
4. kulki melona
5. połówka awokado skropionego sokiem z cytryny i oprószonego solą
6. nerkowce, pestki dyni, nasiona granatu

Słodki ziemniak obieram, myję, kroję na grube frytki, układam w naczyniu żaroodpornym wyłożonym papierem do pieczenia, skrapiam olejem rzepakowym i wkładam do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni C na 15-20 minut. Wyłączam i zostawiam jeszcze na 5 minut. Wyjmuję, zostawiam do ostudzenia.

Gotuję 2 łyżki dowolnego makaronu. Można też wykorzystać nadwyżki makaronu ugotowane dzień wcześniej. Podłużnego pomidora obieram, czyszczę z nasion, miąższ kroję w drobną kostkę. Wrzycam do małego rondelka, dodaję szczyptę soli, parę kropel oleju, przykrywam i duszę 5 minut. Odkrywam odparowuję. Ugotowany makaron mieszam z sosem.

Awokado myję, przekrawam na pół, obieram połówkę ze skóry, kroję na plastry, skrapiam sokiem cytrynowym i oprószam solą.



piątek, 3 listopada 2017

Plastik w kuchni

 Dziś postanowiłam podjąć temat różnego rodzaju plastików, które znajdują się w naszej kuchni. Pakowane są w nie produkty spożywcze, produkuje się z nich pojemniki do przechowywania żywności, lunch boxy, miski oraz inne akcesoria. Nie od dziś wiadomo, że nie wszystkie rodzaje plastiku są bezpieczne dla naszego zdrowia.
U mnie temat pojawił się w momencie, kiedy szukałam dla córki bento box, czyli pudełka bento. Chciałam, żeby zawartość śniadaniówki pozostała zdrowa do momentu zjedzenia, a nie pochłonęła tajemnicze substancje, które wydzielane są przez pojemnik.

Dziś posegreguję dla Was różne rodzaje plastiku, dzięki czemu będziecie wiedzieli, których się wystrzegać, które warunkowo możecie tolerować, a z których możecie bez obaw korzystać.

Podzieliłam je na grupy, które oznaczyłam kolorami. Zielone światło dostały trzy rodzaje tworzyw, dwa kolejne powinny wzbudzać większą czujność, natomiast dwa są szczególnie niebezpieczne dla naszego zdrowia. Te tworzywa wbrew pozorom można znaleźć na sklepowych półkach bez większego trudu. Powinniście bezwzględnie ich unikać! Ważne żeby poznać oznaczenia plastików, by łatwiej identyfikować potencjalne zagrożenia.

                                                                      BEZPIECZNE


Znajdziemy tutaj, aż trzy rodzaje tworzyw sztucznych.

    2 HDPE to polietylen o dużej gęstości. Uważany jest za bezpieczny materiał, który nadaje się do przechowywania żywności oraz powtórnego użycia. 

4 LDPE to z kolei polietylen o małej gęstości. Również sklasyfikowano go jako bezpieczne tworzywo, nadające się do przechowywania żywności. Często wykonuje się z tego materiału worki i torby foliowe. Jest obojętny fizjologiczne i nie posiada zapachu. Został jednak uznany za najmniej bezpieczny pośród umieszczonych w tej grupie. Często można znaleźć ten rodzaj plastiku w opakowaniach ketchupów i musztard.

5 PP czyli polipropylen to chyba najczęściej wykorzystywany przy pakowaniu produktów spożywczych materiał. Uznawany jest za jeden z najbezpieczniejszych plastików, dlatego jest szeroko rozpowszechniony w przemyśle spożywczym. Zrobione z niego są między innymi opakowania jogurtów, śmietany czy kubki do napojów.


Kolejna grupa to takie, które nie są całkowicie bezpieczne i zasadniczo lepiej ich unikać. Mogą one zawierać niebezpieczne BPA oraz ftalany. 

RYZYKOWNE



Do tej grupy trafiły dwa rodzaje tworzyw

 
01 PET to  politereftalan etylenu. Bardzo często natrafiamy na niego w branży spożywczej. Wykonane z niego są plastikowe butelki, w których sprzedawana jest woda oraz różnego rodzaju napoje i soki. Również oleje roślinne pakuje się w butelki PET. W pojemnikach z tego materiału sprzedaje się rukolę, roszponkę, pomidory koktajlowe, borówki, owoce i warzywa w hipermarketach. Nad wpływem tego tworzywa na przechowywane w stworzonych z niego opakowaniach pochylili się już naukowcy, których doniesienia powinny odstraszyć nas od korzystania z nich. Udowodniono na przykład, że woda przechowywana w pojemnikach wykonanych z tego materiału, zawiera związek, który cechuje się podobieństwem działania do żeńskich hormonów płciowych - estrogenów. Spożycie takiej wody może mieć zatem wpływ na generowanie zaburzeń hormonalnych. Dlatego jeśli możecie, unikajcie tego rodzaju opakowań.

 
07 INNE to najbardziej tajemnicza grupa spośród wszystkich. W niej zawierają się wszystkie inne plastiki, nie oznaczone w kategoriach od 01-06. Mogą się tutaj znaleźć różne toksyczne materiały i tak naprawdę trudno zweryfikować z czego w istocie zrobione jest opakowanie czy produkt oznaczony tym numerem. Jedno co jest pewne to fakt, że tak oznaczonych opakowań, nie powinno się używać powtórnie. Wyjątkiem są te opakowania, które oprócz oznaczenia numerem 07, posiadają również adnotację BPA Free. Jest to znak, który informuje o tym, że w produkcie nie znajduje się toksyczny dla naszego ciała Bifenol A. Jeśli jednak brak tego oznaczenia należy pamiętać, że takiego rodzaju plastiku absolutnie NIE MOŻNA podgrzewać w kuchenkach mikrofalowych. Ma to bowiem wpływ na wzmożenie i to wielokrotne przenikania BPA do produktów spożywczych. Przez długi czas Bifenol A był bagatelizowany jako potencjalne zagrożenie, tymczasem jest on neurotoksyczny, co oznacza że ma ujemny wpływ na nasz układ nerwowy. 
Wniosek z tego prosty. Starajcie się unikać produktów z tym oznaczeniem, jeśli jest to możliwe. 
W sklepie udało mi się namierzyć np. płatki śniadaniowe, soczewicę oraz kaszę jęczmienną zapakowane w torbę z tym oznaczeniem.

NIEBEZPIECZNE!!! UNIKAJ JAK OGNIA!!!



Tutaj znajdziecie dwa bardzo niebezpieczne tworzywa


 
03 PVC czyli polichlorek winylu (ang. polyvinyl chloride). Wyjątkowo złe tworzywo, które absolutnie nie powinno mieć kontaktu z żywnością. Niestety można znaleźć ten rodzaj plastiku np. w artykułach gospodarstwa domowego. Bywa, że wykonane są z niego dla przykładu miski. 

 
06 PS znany również pod nazwą polistyren (ang. polystyrene). Może wydzielać toksyny dlatego absolutnie nie powinien być wykorzystywany w produkcji przedmiotów i opakowań mających kontakt z żywnością. Niestety znalazłam w sklepie np. plastikowy dripper do kawy wykonany z polistyrenu. Widać nawet parząc kawę trzeba zachować czujność. Jednym z popularniejszych produktów kryjących się pod tą nazwą jest styropian i choć głównie kojarzy nam się z elektroniką, która w kartonie jest nim zabezpieczona, to warto przypomnieć sobie wszelkiego rodzaju pojemniki, w których dostajemy ciepły obiad na wynos, kubki do kawy na mieście, tacki z mięsem w hipermarkecie. Cóż styropian jest wszechobecny. Nie pozwólcie by produkty opakowane w coś z powyższym znakiem, znalazły się w waszej kuchni.


Dziś zapoznałam Was z rodzajami plastików jakie możecie spotkać w kuchni, ale to nie koniec. Chciałabym pokazać Wam kilka patentów na ograniczenie generowania zawrotnych ilości opakowań plastikowych we własnym otoczeniu. Będzie to z korzyścią dla zdrowia, ale nie tylko. Mniej śmieci to piękniejszy i bezpieczniejszy świat dla Was, a przede wszystkim dla Waszych dzieci. 

Dajcie znać czy interesują Was tego rodzaju informacje i artykuły. 
Pozdrawiam
Kasia








poniedziałek, 30 października 2017

Bento - idealne drugie śniadanie do szkoły - bento inspiracje nr. 01


Na zdjęciu pieczone bataty, czarny i biały sezam, ryż z sosem z pomidora i ajwaru, pomidory koktajlowe z bazylią, banan, borówki amerykańskie, melisa i mięta.

Czy Wasze dzieci też jedzą wybiórczo?
Pewnie większość odpowie, że tak.

Zrobiłam małe rozeznanie w kwestii na przykład obiadu i okazuje się, że dzieci w swoich wyborach są zasadniczo zgodne. Najlepiej by na stole najczęściej lądowały makarony z sosami, naleśniki różnego rodzaju i zupa pomidorowa. Każdy dzieciak ma oprócz tego jeszcze jeden lub dwa inne ulubione dania, czasem zupełnie odmienne od całej reszty i na tym kończy się lista ulubieńców. Co do śniadań pewnie nie jest inaczej, jedni uprą się na racuchy, inni na kanapkę z serem, a jeszcze inni sera nawet kijem nie dotkną. 
Jeszcze bardziej niezwykły jest fakt, że kiedy kilka składników położymy osobno zostaną zjedzone niemal natychmiast, ale kiedy stworzy się z nich np. sałatkę to "coś" już jest nie tak.

Moja córka jest już w trzeciej klasie. Kto ma szkolne dziecko, wie ile energii Ci młodzi ludzie muszą włożyć w swoją edukację. Moja córka sporo czasu spędza w szkole, a ja naturalnie chcę, żeby zjadła w tym czasie coś pożywnego, zdrowego i smacznego. 
 Przeszłyśmy etap "kolorowych kanapek", które potem przynajmniej częściowo wracały do domu bo "z boku wystawał ser", był też etap kanapek z tym co lubi najbardziej, które z kolei mnie jako matki i dietetyka nie satysfakcjonowały, bo jak długo można pozwolić by rosnący organizm żywił się bułką z salami i rzodkiewkami.
Ratunkiem okazało się bento i nie chodzi o same pojemniki bento, ale bento jako zbilansowany posiłek.
Ostatnio przeczytałam na instagramie świetny post o tym, że posiłek przygotowany z miłością, może być wspaniałym, codziennym prezentem dla kogoś bliskiego. Ta myśl oczywiście odnosiła się do bento i ja tę myśl pochwyciłam.

Pierwsze bento dla Pauliny przygotowałam w zeszłym tygodniu. Spakowałam. Pojechałyśmy do szkoły. Całą drogę myślałam czy jej się spodoba. Otwarła jeszcze przy mnie,zaraz po tym jak weszła do szkoły. Spojrzała do pudełka i szeroko się uśmiechnęła. Wiedziałam, że to był strzał w dziesiątkę.
Pieczone bataty posypane sezamem i pestkami dyni, trochę borówek, ryż z pomidorami i ajwarem, pomidory z bazylią, rzodkiewka i awokado skropione cytryną i oprószone solą. 
W jej pudełku na śniadanie było wszystko co lubi.
 Zjadła zanim jeszcze rozpoczęły się lekcje. Wreszcie mogła jeść "po kolei", czyli tak jak lubi najbardziej. Więc jeśli Wasze dzieci mają ulubione zdrowe składniki, pozwólcie im jeść po swojemu, a wszyscy na tym skorzystają.
W następnych postach będą się pojawiały inspiracje bento oraz opiszę nieco bliżej pudełka na bento. Wiele z nich wykonanych jest z plastiku. Postaram się Wam podpowiedzieć, jak wybrać takie, które nie będzie szkodliwe dla zdrowia.

Mam nadzieję, że chociaż trochę Was zainspirowałam.

Miłego dnia!!!

sobota, 28 października 2017

Fasola w sosie pomidorowym z chorizo


Kiedy byłam dzieckiem fasolka po bretońsku regularnie pojawiała się na stole w moim domu. Zresztą wiem, że nie tylko w moim, ponieważ w tamtym czasie była to jedna z najpopularniejszych potraw. Ja dziś podrzucam Wam pomysł na odświeżoną wersję tej potrawy. Wystarczy kilka składników i rozgrzewające, sycące danie gotowe. 

Fasola w sosie pomidorowym z chorizo - przepis dla 4-5 osób:
370g białej fasoli (piękny jaś tyczny)
1,5 kartonika przecieru pomidorowego (nie zamieniajcie na passatę bo ta jest zbyt kwaśna) razem 750g
1 pikantna kiełbaska chorizo (moja ważyła 225g)
1 średnia cebula
2 łyżki oleju rzepakowego
1 płaska łyżeczka słodkiej wędzonej papryki
1 łyżeczka soli
1/2 łyżeczki cukru

Dzień wcześniej wieczorem zalewam fasolę zimną, przegotowaną wcześniej wodą i odstawiam do namoczenia. Wody musi być sporo, bowiem fasola znacząco pęcznieje. 
Po nie więcej niż 12 godzinach moczenia odlewam wodę, zalewam fasolę w garnku świeżą, zimną wodą i doprowadzam do wrzenia. Gotuję najpierw odkrytą, na silnym ogniu przez ok. 5 minut. Później zmniejszam płomień, przykrywam tak by pokrywka była uchylona i gotuję do miękkości. Powinno wystarczyć 60-90 minut. Pilnuję, bowiem gdy ogień będzie choćby odrobinę zbyt duży fasola lubi wykipieć z garnka. 
Pod koniec gotowania dodaję 1-1,5 łyżeczki soli.
Ugotowaną fasolę odcedzam i przelewam zimną wodą.

Cebulę obieram, kroję drobno w kostkę. Kiełbaskę obieram z osłonki (jest naturalna, ale obieram gdyż drażni mnie gdy wchodzi między zęby) i kroję w plasterki.
W garnku rozgrzewam olej, dodaję cebulę i podsmażam przez 1-2 minuty, następnie dodaję chorizo i na silnym ogniu smażę wszystko razem często mieszając przez ok. 2-3 minuty.
Gdy kawałki kiełbasy równomiernie się podsmażą, dolewam przecier, dodaję przyprawy, mieszam i doprowadzam do wrzenia. 
Gdy całość się zagotuje dodaję fasolę i znów doprowadzam do wrzenia. Gotuję 1-2 minuty, po czym przykrywam i zostawiam przynajmniej na godzinę do przegryzienia. Najlepiej jednak przygotować,  przełożyć do słoików, zakręcić i gdy ostygnie wstawić do lodówki. Następnego dnia po podgrzaniu jest idealne. 
Do tego bułka pszenna lub grzanki z bagietki skropione oliwą. 



piątek, 27 października 2017

Onigiri - japońska kanapka


Ten kto jest fanem sushi, nie pogardzi również onigiri. Są to kulki ryżowe, często uformowane w trójkąt, które zwyczajowo pakuje się jak kanapki na drogę, do szkoły czy do pracy. Są zdrowe, smaczne i bardzo pożywne. Pierwsza moja refleksja po zjedzeniu onigiri była taka, iż nabyłam właśnie sekretną wiedzę na temat nienagannej figury Japończyków.  Z mojego przepisu przygotowałam 9 porcji. Zjadłam 3 z nich i nasyciły mnie na wiele godzin. Jeśli chcecie przygotować więcej wystarczy odpowiednio zwielokrotnić ilość składników.
Onigiri jak sushi daje wiele możliwości łączenia składników i pięknego dekorowania.
Nierzadko owija się brzeg płatem nori, ale ja do tego celu użyłam liści melisy o cytrynowym zapachu. 

Onigiri z awokado - przepis na 9 kulek:
250g ryżu do sushi
1/8 szklanki octu ryżowego
1/2 łyżki cukru
1/4 łyżeczki soli
1/2 łyżki mirin
Dodatki:
1/2 awokado
sok z cytryny do skropienia awokado
pasta wasabi
skórka otarta z 1 cytryny
2 łyżeczki czarnego sezamu 
1,5 łyżeczki różowego pieprzu
9 listków melisy

Ryż wrzucam do garnka, wlewam zimną wodę tak by przykryła ryż, mieszam ręką i odlewam mleczną wodę.Czynność powtarzam 3-4 razy. 
Ryż zalewam 450g zimnej wody, przykrywam i zagotowuję. Gdy zaczyna się gotować zmniejszam płomień do minimum i pozwalam pyrkotać przez 15 minut. Okrywam i wyłączam.
W małym garnuszku zagotowuję ocet z cukrem solą i mirin. 
Gorącą zaprawę wlewam do ugotowanego ryżu, mieszam dokładnie i rozkładam w naczyniu żaroodpornym, żeby wystygł. 
Awokado myję, przekrawam na pół. Połowę z pestką skrapiam sokiem cytrynowym, zawijam w folię i odkładam do lodówki. Drugą połowę nacinam jeszcze w skórce w kosteczkę i wyjmuję łyżeczką na talerz. Skrapiam sokiem cytrynowym i oprószam delikatnie solą.
Rozrabiam proszek wasabi na gęstą pastę. Polecam Wam tym samym gorąco użycie proszku, a nie gotowej pasty. 
Cytrynę szoruję, wyparzam we wrzątku i ocieram dokładnie żółtą część skórki.
Różowy pieprz rozdrabniam w moździerzu. 
Sezam, pieprz różowy i skórkę z cytryny mieszam na małym talerzu.

Dłonie zwilżam zimną wodą. Na rękę nakładam porcję ryżu, rozpłaszczam na mały placek, smaruję po środku wasabi wedle uznania, nakładam nieco awokado, dodaję na wierzch kolejną porcję ryżu, zamykam w ryżu awokado i ściskając dość stanowczo lepię kulkę. Gdy jest już zwarta i gotowa jeden z boków dekoruję maczając go w wymieszanych sezamie, pieprzu i skórce cytrynowej. Na przeciwległy brzeg przyklejam listek melisy. Postępuję tak do wyczerpania składników. 
Podaję z dobrym sosem sojowym. 

PS. Jeśli chcecie możecie jeść pałeczkami, ale tak naprawdę onigiri przeznaczone jest do jedzenia rękami. Czujcie się więc swobodnie i pogryzajcie je jak kanapkę. Jeśli będzie jednak chcieli użyć pałeczek, zróbcie nieco mniejsze kulki, co znacznie ułatwi sprawę. 




wtorek, 24 października 2017

Otsu - japońska sałatka z makaronem soba


Dajcie mi miskę makaronu, a będę szczęśliwa!
Nie musi być po włosku. Może być po chińsku, tajsku czy japońsku. Bo makaron w kuchniach azjatyckich pojawia się bardzo często. 
Azjaci mają makarony pszenne, gryczane, ryżowe, z fasoli i sojowe. 
Wybór jest trudny, dlatego lepiej kupić wszystkie i eksperymentować. Ja w tym wpisie znów sięgam do receptur japońskich.
 Pierwsze skojarzenie z kuchnią japońską to oczywiście sushi. Ostatnio również ramen podbija serca miłośników dobrej kuchni. Ja sięgam po mniej popularne przepisy i zakochuję się w tej kuchni bez pamięci, za każdym razem gdy próbuję czegoś nowego. 
Tak było z tą sałatką. Przepis znalazłam w sieci, na zagranicznej stronie i po przygotowaniu odleciałam. Latem dodaję do niej dodatkowo arbuza co gorąco polecam, ale teraz pokażę Wam wersję podstawową. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym czegoś nie zmieniła. Marynuję tofu w sosie teriyaki, bo takie smakuje mi najbardziej.

Otsu - przepis dla 2 osób:
150-180g makaronu soba  (ilość zależy od tego jak głodni jesteście)
1 zielony ogórek niezbyt duży lub pół dużego
świeża kolendra 
1 łyżka posiekanej dymki
1 łyżeczka czarnego sezamu
1 łyżeczka białego sezamu
180g tofu
marynata do tofu:
1 łyżka sosu teriyaki
1 łyżka sosu sojowego
 sos do sałatki:
2 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka oleju sezamowego
1/3 łyżeczki brązowego cukru
1 łyżeczka octu ryżowego
1 łyżeczka soku z cytryny

dodatkowo 1 łyżeczka oleju rzepakowego, ryżowego lub słonecznikowego do smażenia tofu

Tofu odciskam, kroję w na kawałki i mieszam z marynatą powstałą z sosu sojowego i sosu teriyaki. Odstawiam na minimum 30 minut do lodówki.
 Ogórka myję, przekrawam wzdłuż na pół i łyżeczką wybieram nasiona. Kroję na kawałki
Kolendrę myję, osuszam i obrywam listki. 
Sezam podprażam chwilkę na suchej patelni, uważając by go nie przypalić. Można też użyć nie podprażonego, sałatka nic nie straci. 
Składniki sosu wymieszać bardzo dokładnie.
Na patelni rozgrzewam olej, wrzucam tofu i smażę na złocisto z obu stron. Zdejmuję z patelni i zostawiam do ostudzenia. 
Makaron soba gotuję według instrukcji na opakowaniu. Wody nie solimy, bowiem makaron jest solony, a pozostałej słoności doda sos. 
Ugotowany makaron odcedzić starannie i w misce wymieszać z sosem do sałatki oraz tofu i ogórkiem. 
Każdą porcję posypuję sezamem, dymką oraz kolendrą. Podaję dopiero po 2-3 minutach. 
Opóźnienie wynika z tego, że makaron musi mieć chwilę czasu by wchłonąć sos. Wtedy sałatka jest smaczniejsza.



sobota, 21 października 2017

Tajskie stir fry z krewetkami - Tajlandia Challenge


Dwa tygodnie temu dostałam zaproszenie od marki House Of Asia do wzięcia udziału w konkursie kulinarnym pod nazwą Tajlandia Challenge. Jeszcze kilka lat temu kuchnia tajska była u mnie na samym końcu listy. Zmieniło się to kilka miesięcy temu, dlatego dobrze, że ta tajska przygoda przydarzyła mi się właśnie teraz. 
Dziś ode mnie dla Was, przepis na stir fry w tajskim stylu. W środku makaron ryżowy, krewetki, smażone pomidory, chili, orzechy ziemne, zioła i trochę magicznych przypraw. Kto za krewetkami nie przepada, może wykorzystać tofu albo kurczaka. Wtedy wystarczy wybrany produkt pokroić w kostkę, zamarynować jak w przepisie, a później usmażyć, dokładając po minucie z każdej strony. Całe danie przygotowuje się migiem, dlatego sprawdzi się kiedy brakuje czasu. 

Stir fry z krewetkami w stylu tajskim - przepis dla 2 osób:
300g makaronu ryżowego wstążki
8-10 krewetek tygrysich świeżych lub mrożonych (moje były mrożone, surowe)
4 łyżeczki tajskiej czerwonej pasty curry
2 ząbki czosnku
2 łyżeczki oleju kokosowego lub ryżowego
6 pomidorków koktajlowych
1 świeża czerwona papryczka chili
2 łyżki posiekanych niezbyt drobno orzechów ziemnych
2 łyżeczki sosu rybnego
2-3 łyżeczki sosu sojowego
2 płaskie łyżeczki cukru kokosowego
2 łyżeczki soku z limonki
1 łyżeczka sosu ostrygowego
do podania:
świeża kolendra, mięta i jeśli się trafi tajska bazylia
cząstki limonki

Krewetki wyjęłam wcześniej z zamrażalnika. Opłukałam, zdjęłam pancerze, oderwałam ogonki i osuszyłam papierowym ręcznikiem. Przełożyłam do miseczki, dodałam pastę curry, wymieszałam i odstawiłam na 30 minut.
W miseczce wymieszałam sos sojowy, sos rybny, cukier kokosowy i łyżeczkę soku z limonki.
Chili pokroiłam na plasterki.
Czosnek obrałam i pokroiłam na plasterki.
Orzechy obrałam i posiekałam.
Pomidorki koktajlowe przekroiłam na pół, oprószyłam solą. Na patelni rozgrzałam pół łyżeczki oleju kokosowego, podsmażyłam na silnym ogniu pomidorki, po minucie z każdej strony, zaczynając od strony rozcięcia. Odłożyłam je na bok.
Zioła umyłam, osuszyłam i oberwałam same listki.
Makaron ugotowałam według przepisu na opakowaniu (nie soliłam wody).
Na patelnię na której podsmażyłam pomidory dodałam 1,5 łyżeczki oleju kokosowego, rozgrzałam i wrzuciłam czosnek. Gdy uwolnił aromat (wystarczy dosłownie kilkadziesiąt sekund) odsunęłam go na bok patelni, a na środku ułożyłam krewetki. Smażyłam po 2 minuty z każdej strony, po czym zdjęłam je z patelni. Na patelnię wrzuciłam ugotowany i odcedzony makaron oraz przygotowaną mieszaninę przypraw. Podsmażałam minutę, może nieco dłużej na bardzo silnym ogniu mieszając co jakiś czas. Dodałam krewetki, chili, pomidory oraz sos ostrygowy i wyłączyłam ogień. 
Gotowe danie natychmiast przekładałam do miseczek i posypywałam orzechami oraz ziołami. Przed podaniem każdy skrapia obficie swoją porcję sokiem z limonki.


środa, 18 października 2017

Jabłecznik różany


Pogoda wymarzona, żeby wyjść z domu i włóczyć się na świeżym powietrzu. Dzieci do wieczora biegają po podwórku, głośno się śmiejąc, co pozwala zapomnieć, że zima już tak blisko. Wczoraj rano pojechałam na targ i natychmiast kupiłam jabłka na ciasto. Zdecydowanie to właśnie szarlotki i jabłeczniki u nas królują. Nie ma chyba innego ciasta, którego zabrakłoby już w kilka godzin po wyjęciu z pieca. Zazwyczaj piekę szarlotkę z bezą, ale kilka dni temu kupiłam płatki róż ucierane z cukrem i od razu wiedziałam, że część słoiczka dodam do jabłecznika. Wyszło wspaniale, więc gorąco polecam Wam ten przepis.

                                                            Jabłecznik różany - przepis
Ciasto:
240g mąki pszennej krupczatki
120g zimnego masła
75 g cukru kryształu
szczypta soli
1 żółtko
3 łyżki zimnej wody
1 łyżka gęstej śmietany 18% tłuszczu
1,5 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia
Nadzienie:
750g jabłek na szarlotkę, twardych i kwaśnych np. szara reneta
70g cukru kryształu
1 płaska łyżeczka cynamonu
2-3 łyżki płatków róż utartych z cukrem lub prawdziwej konfitury z płatków róży
dodatkowo 1 żółtko do posmarowania kratki na cieście

Mąkę wsypuję do miski, dodaję cukier, sól, proszek do pieczenia i masło pokrojone w kostkę. Siekam nożem masło z mąką jak najdrobniej potrafię. Dodaję żółtko, zimną wodę oraz śmietanę. Szybko zagniatam ciasto w kulkę. Dzielę ją na dwie części. W jednej ma być 3/4 ciasta, w drugiej 1/4. Zawijam w folię spożywczą każdy kawałek i wkładam do lodówki na 40 minut.
Jabłka obieram, wycinam gniazda nasienne, miąższ kroję w niedużą kostkę. Wrzucam jabłka na patelnię, dodaję cukier, cynamon i smażę na dość sporym ogniu przez 7-9 minut. Odparowuję nadmiar soku, pamiętając by jabłka często mieszać. 
Większy kawałek ciasta wyjmuję. Kładę go na kawałku folii spożywczej i przykrywam drugim. Wałkuję na odpowiedni placek i wykładam nim tortownicę o średnicy 22 cm, tak by wyłożony był spód i boki do połowy wysokości formy. Spód nakłuwam widelcem w kilku miejscach i wstawiam tortownicę z ciastem do zamrażalnika na 15 minut. 
Piekarnik nagrzewam do 190 stopni. 
Wyjmuję drugą część ciasta, rozwałkowuję między dwoma kawałkami folii. Kroję w długie paski 1-1,5cm szerokości.
Wyjmuję ciasto z zamrażalnika, smaruję je równo miernie płatkami róż w cukrze, nakładam uprażone jabłka.  Na wierzchu delikatnie układam kratkę z pasków ciasta. 
Żółtko roztrzepuję widelcem, pędzlem smaruję kratkę z ciasta, którą ułożyłam na wierzchu. 
Wstawiam do piekarnika i piekę 35-40 minut. Po 15 minutach zmniejszam temperaturę do 175-180 stopni.Gdyby ciasto zbyt szybko rumieniło się z wierzchu, można przykryć je na jakiś czas folią aluminiową.


niedziela, 8 października 2017

Zapiekanka makaronowa z sosem pomidorowym i bakłażanem


Dziś kolorowo, warzywnie i zdrowo. 
 Zapiekanka z makaronu z sosem pomidorowo-paprykowym, bakłażanem, wędzonym tofu, granatem i pietruszką.

Zapiekanka makaronowa - przepis (5 porcji):
300g razowego makaronu spaghetti
1 karton krojonych pomidorów (ok.400g)
2 ząbki czosnku
1/2 strąka czerwonej papryki
1/4 papryczki chili (u mnie bez nasion)
1 łyżeczka cukru
sól
3/4 płaskiej łyżeczki słodkiej wędzonej papryki
pieprz czarny mielony
1 średni bakłażan
4-5 łyżek oleju rzepakowego
nasiona z 1/4 owocu granatu
posiekana natka pietruszki
50g wędzonego tofu

Paprykę słodką i ostrą czyszczę z nasion, drobno kroję miąższ. Czosnek obieram i drobno siekam. Na łyżce oleju podsmażam przez chwilę czosnek, następnie dodaję papryki i oprószam solą. Dodaję pomidory z kartonika i 1/3 szklanki wody. Doprawiam solą i cukrem. Gotuję sos przez 30-35 minut tak by odparował. Miksuję na koniec blenderem. Doprawiam wędzoną papryką. 
Bakłażana kroję w plastry i oprószam solą, zostawiam na 30 minut. Gdy puści sok płuczę go pod zimną wodą. Mniejsze plastry zostawiam do dekoracji, resztę kroję w kostkę. Na dużej patelni rozgrzewam 2 łyżki oleju. Na rozgrzany tłuszcz kładę bakłażana i smażę co jakiś czas mieszając. Smażę zarówno plastry jak i kostkę. Oprószam bakłażany odrobiną soli i pieprzu. W czasie smażenia dodaję 1-2 łyżki oleju.  Smażę do czasu gdy bakłażan jest bardzo miękki i zrumieniony. Zabiera to ok. 6-10 minut.
Bakłażana pokrojonego w kostkę mieszam z sosem.
Piekarnik rozgrzewam do temperatury 180 stopni C. 
Makaron gotuję w lekko osolonej wodzie, według wskazówek na opakowaniu. Ugotowany makaron odcedzam i mieszam z sosem. 
Tortownicę o średnicy 21-22 cm smaruję olejem. Wrzucam do niej makaron wymieszany z sosem, posypuję startym tofu, a na wierzchu układam plastry bakłażana. Wstawiam do rozgrzanego pieca 
i piekę 15 minut. Wyjmuję i zostawiam na 15 minut do przestudzenia.  Posypuję natką i nasionami granatu. Kroję jak tort.

środa, 27 września 2017

Kanapki z białym serem i karmelizowanymi śliwkami


Powtarzam jak mantrę, kanapka nie musi być nudna! Może być niesamowita, intrygująca, niecodzienna, apetyczna i inna od każdej poprzedniej. 
Kto czytał moje wcześniejsze posty wie, że lubię sobie rano kulinarnie dogadzać. Nie zawsze mam czas, to fakt. Kiedy jednak już go znajdę, nie mam żadnych hamulców. 
Dziś obłędna w smaku kanapka z białym serem, karmelizowanymi śliwkami, orzechami włoskimi, miodem i tymiankiem. 

Kanapki z twarogiem i karmelizowanymi śliwkami - składniki na dwie kanapki:
2 kromki chleba pełnoziarnistego (lub innego ulubionego, może być też chałka)
50-60g chudego białego sera
4 śliwki
1 łyżeczka cukru brązowego
1 łyżeczka masła
2 łyżeczki miodu
2 łyżeczki posiekanych orzechów włoskich
świeży tymianek

Śliwki myję, przekrawam na pół i wyjmuję pestki. Na patelni rozpuszczam masło, dodaję cukier, układam śliwki rozciętą powierzchnią do dołu na maśle z cukrem i smażę minutę na średnim ogniu. Obracam i smażę kolejną minutę, znów obracam i wyłączam gaz.
Chleb podpiekam chwilę w piekarniku z opcją grill, tak by był ciepły (dziś tę czynność pominęłam, kanapki były równie dobre).
Na chlebie rozsmarowuję biały ser. Układam śliwki. Posypuję tymiankiem i orzechami. Całość polewam miodem. 
Smacznego!!!


niedziela, 24 września 2017

Wegański sos bolognese - najlepszy przepis


Wspominałam już o tym, że ostatnio nie bardzo toleruję mięso. Chociaż lubię je i smakuje mi, to dużo lepiej czuję się gdy go nie jem. Planując posiłki, staram się więc robić to tak, by na talerzu lądował roślinny zamiennik, który dostarczy nam białka. Taki obiad nie tylko bardziej syci, ale jest też zdrowszy od takiego, z którego po prostu wykasujemy mięso. Dobrze rolę takiego zamiennika spełniają nasiona roślin strączkowych czyli różnego rodzaju fasole, soczewice, groch czy ciecierzyca. Moja córka o dziwo z entuzjazmem przyjmuje te eksperymenty.
Wczoraj postanowiłam zmierzyć się z wegańską wersją sosu bolognese.
Makaron z klasycznym sosem bolońskim jest niewątpliwie jednym z popularniejszych comfort food, jakie znam. Jest to podyktowane pewnie zawartością umami w potrawie składającej się z sosu pomidorowego, makaronu i mięsa. Danie wykańczamy na talerzu parmezanem, który też jest bogaty w ten tajemniczy element. Nasza wegańska lub wegetariańska (kiedy posypiemy całość serem) wersja powinna być nie mniej bogata w piąty smak. 
Ja dołożyłam wszelkich starań, żeby wersja bezmięsna była jeszcze bardziej umami od tej klasycznej.
Jestem pewna, że jeśli raz spróbujecie tej opcji, trudno będzie wam wrócić do oryginału.
Aby mój wegański sos boloński miał bogaty i głęboki smak, używam do jego przyprawianie sosu sojowego i pasty miso. Nie obawiajcie się tego, że w związku z tymi dodatkami danie zyska orientalny charakter. Nic takiego się nie zdarzy. Te składniki są pełne umami i podkreślą jedynie smak poszczególnych składników sosu. 

Z podanych proporcji przygotujecie sos dla 6-8 osób. Gotowy sos można podzielić na porcje i zamrozić. 

Wegański sos bolognese - przepis:
250g zielonej soczewicy
2 ząbki czosnku
2 małe lub średnie cebule
2 marchewki
2 łodygi selera naciowego
400g przecieru pomidorowego (przecier w kartoniku nie koncentrat)
karton krojonych pomidorów (ok.400g)
1,5 szklanki wody lub domowego bulionu warzywnego (polecam dodać bulion)
3 łyżki oliwy z oliwek
1 płaska łyżeczka słodkiej wędzonej papryki w proszku
1,5 łyżeczki suszonego oregano
1 łyżeczka cukru
1 łyżeczka sosu sojowego
1 płaska łyżeczka pasty miso
1/2 łyżeczki mielonego czarnego pieprzu 
opcjonalnie 1/2 łyżeczki ostrej papryki w proszku
sól do smaku

Soczewicę płuczę na sicie, wrzucam do garnka, zalewam wrzątkiem z czajnika (400-420g wody), dodaję płaską łyżeczkę soli, przykrywam i gotuję na wolnym ogniu 20 minut, przy delikatnie uchylonej pokrywie. Co jakiś czas odkrywam na chwilę, mieszam i sprawdzam czy nie brakuje wody. Marchewkę i cebulę obieram, myję i kroję w drobną kostkę. Seler naciowy myję i również drobno kroję. Czosnek obieram i drobno siekam.W garnku rozgrzewam oliwę i wrzucam posiekane warzywa (cebulę, marchew i seler). Smażę na silnym ogniu przez 5-7 minut, często mieszając. Nie przejmujcie się jeśli zaczną mocno karmelizować, a przy tym nieco przywierać do dna, to bardzo pozytywnie wpływa na ostateczny smak sosu. 
Do podsmażonych warzyw dosypuję szczyptę soli, dodaję pomidory krojone i przecier z pomidorów. Dolewam wodę (lub bulion warzywny), a następnie dosypuję cukier, oregano,pieprz, wędzoną i ewentualnie ostrą paprykę, dodaję także sos sojowy, pastę miso i posiekany czosnek. Mieszam i doprowadzam do wrzenia. Gotuję na wolnym ogniu przez 15-20 minut, następnie dodaję soczewicę (jeśli została jakaś woda podczas gotowania to odcedzam soczewicę, zanim dodam ją do sosu) i gotuję kolejne 15-20 minut. Gdyby sos zbyt mocno zgęstniał, można dolać nieco wody przed dodaniem soczewicy. Sos ostatecznie powinien jednak być dość gęsty. Pamiętajcie by ognień nie był za duży, no i o tym by mieszać sos co jakiś czas. Zanim posolicie spróbujcie, ponieważ zarówno sos sojowy jak i pasta miso nadają słoności potrawie.

Gotowy sos podawać z ulubionym makaronem, ugotowanym al dente. 
Będzie pasowało spaghetti, tagliatelle i mezze rigate.
W wersji dla wegan podajemy bez sera, dla wegetarian ze startym parmezanem lub grana padano.
Oczywiście na wierzch, koniecznie świeża bazylia, bez względu na opcję. 
 


czwartek, 21 września 2017

Placek ze śliwkami i kruszonką




Zimno, deszczowo, pochmurno. 
Nie miałam wyjścia, znów wróciłam do picia kawy. Na szczęście żołądek łaskawiej spojrzał na ten fakt. 
Sama kawa jednak nie wystarcza, musi być "coś do kawy". To słynne "coś do kawy" pamiętam już z dzieciństwa. Zastanawiałam się wtedy po co i na co do tej kawy musi być kawałek ciasta czy choćby kilka kruchych herbatników. Teraz już wiem. Kawa z ciachem smakuje lepiej, a ciacho jest usprawiedliwione kawą. Oto cała filozofia.
Dziś proponuję proste "coś do kawy".

Placek ze śliwkami i kruszonką - przepis:
ciasto: 250g mąki pszennej krupczatki
2 płaskie łyżki mąki ziemniaczanej
75g cukru trzcinowego
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki śmietany 18 % tłuszczu
150g zimnego masła
1 jajko
szczypta soli
Śliwki:
700g śliwek
50-60 g cukru trzcinowego
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

Do mąki pszennej i ziemniaczanej dodaję sól, cukier i proszek do pieczenia. Kroję masło w kosteczkę i dorzucam do suchych składników. Dodaję śmietanę, jajko i zagniatam szybko ciasto. W razie potrzeby dosypuję odrobinę mąki, ale generalnie ciasto jest dość miękkie i plastyczne.
Ciasto dzielę na dwie części. Jedna to ok. 3/4 ciasta, druga to pozostała ćwiartka. Oba kawałki ciasta zawijam w folię spożywczą i wkładam do lodówki na godzinę.

Śliwki myję, przekrawam na pół, wyjmuję pestki. Wrzucam owoce na patelnię, dodaję cukier, cynamon i smażę na dość silnym ogniu przez 5-8 minut. 
Piekarnik nagrzewam do 175 stopni C. - grzanie góra-dół z termoobiegiem.
Okrągłą foremkę o średnicy 28 cm lub kwadratową o boku 25cm smaruję masłem. Większy kawałek ciasta kładę na folii spożywczej, przykrywam jej drugim kawałkiem i rozwałkowuję. Wylepiam ciastem formę i wkładam na 10 minut do zamrażalnika. Również pozostały kawałek ciasta przekładam do zamrażalnika.
Po wyjęciu formy z ciastem, nakładam na nie śliwki, odrywam w palcach kawałki pozostałego ciasta i rozmieszczam równomiernie na wierzchu placka.
Wstawiam ciasto do piekarnika na 35-40 minut. 
Pierwsze 10 minut piekę w temperaturze 175-180 stopni góra dół z termoobiegiem. Jeśli szybko piecze się od góry to po 10-15 minutach przykrywam wierzch folią aluminiową. Wyjmuję i zostawiam do ostudzenia.