poniedziałek, 27 stycznia 2020

Bulion grzybowy z wontonami



 Poznałam azjatycką kuchnię 10 lat temu i to była miłość od pierwszego wejrzenia, choć muszę przyznać że miałam sporo szczęścia by pierwszą z nią styczność mieć w knajpie, w której kucharz niewątpliwie wiedział co robi. 
Później tych lokali testowałam jeszcze kilka i każdy kolejny udowadniał mi, że miałam naprawdę gigantycznego farta za tym pierwszym razem. 
Teraz nie muszę już jednak zawierzać swojego losu obcemu człowiekowi, bo składników w sklepach i w sieci jest tyle, że mogę sama poszukiwać i eksperymentować. 
Bardzo lubię azjatyckie buliony, bo tak naprawdę można tam zutylizować więdnące w lodówce korzenie, które w ciągu niespełna dwóch godzin staję się cudownie rozgrzewającym wywarem. Trzeba tylko odpowiednio to przyprawić, żeby bulion był pełen umami. Są więc grzyby shitake, sos sojowy i pasta miso. Obowiązkowo jest u mnie także czosnek, imbir, pieprz i anyż. Ten ostatni mocno odciska swoje piętno na smaku bulionu, ale nawet jeśli nie byliście nigdy fanami anyżków, to chociaż raz dajcie anyżowi szansę w tym właśnie bulionie. 
Co do pierożków to jeśli nie lubicie lepić, wcale nie musicie wsadzać ich do swojej miski. Wystarczy makaron ramen, udon albo soba. Wtedy warto oprócz grzybów i dymki dorzucić jeszcze coś zielonego. Liście szpinaku, glony wakame lub kapustę pak choi. Można na wierzch dołożyć smażone tofu lub/i gotowane jajo. Jeśli nie znajdziecie grzybów shimeji to wykorzystajcie w ich zastępstwie pieczarki. Też będzie pyszne. 

To co? Gotujemy?


Bulion warzywno-grzybowy z wontonami - przepis na 3-4 porcje:
3g wodorostów kombu + 100g przegotowanej wody
50g selera w kawałki
2 średnie marchewki w kawałki
1 średnia pietruszka w kawałki
1 łyżka oleju rzepakowego
130g białej części pora
3 białe części dymki przypalone na suchej patelni
1 cm plasterek obranego imbiru
8 grzybów shitake
2 ząbki czosnku
1 łyżka sosu sojowego
10 ziarenek pieprzu
1 gwiazdka anyżu
3 łyżki sosu sojowego
1 łyżeczka jasnej pasty miso

Wodorosty kombu zalewam przegotowaną ostudzoną wodą i zostawiam na noc do namoczenia. 
Obieram seler, marchewki oraz pietruszkę, myję i kroję na nieduże kawałki. Na oleju podsmażam warzywa korzeniowe  przez 10 minut, aż się skarmelizują, pamiętając by mieszać je od czasu do czasu. Do skarmelizowanych warzyw dolewam 2,5 litra ciepłej wody, dodaję umytego pora, przypaloną na suchej patelni cebulę, suszone grzyby shitake, obrane ząbki czosnku, anyż, pieprz, plasterek imbiru, łyżkę sosu sojowego i wodę w której moczyły się wodorosty (samych wodorostów nie dodaję).

Zagotowuję i gotuję na wolnym ogniu przez 1,5-2 godziny. Odcedzam, dodaję pozostały sos sojowy oraz pastę miso i dokładnie mieszam, najlepiej rózgą. 

Farsz do pierożków przygotowuję z grzybów, które gotowały się w wywarze. Zmieliłam je (można bardzo drobno posiekać). dodałam poszatkowaną drobno kapustę pekińską (3-4 liście), 1/3 pęczka drobno posiekanej zielonej cebulki, 1/2 łyżeczki startego imbiru, starty ząbek czosnku, szczyptę płatków chili, kilka kropel oleju sezamowego, szczyptę pieprzu, sporą szczyptę soli i 1 łyżkę sosu sojowego. Wymieszałam dokładnie i zostawiłam na czas przygotowania ciasta na pierożki. Ciasto zrobiłam z tego przepisu klik, tyle że tym razem 50g mąki pszennej zastąpiłam ryżową. Pierożki zlepiałam według wskazówek znalezionych w internecie, więc polecam Wam również poszukać, najlepiej filmików w których ktoś pokazuje jak to zrobić, ponieważ sposobów na zlepienie wontonów jest co najmniej kilka (przynajmniej tak wynika z filmów, które widziałam). Pierożki gotowałam na parze przez 5-6 minut, pewnie można krócej, ale moje ciasto nie było tak cudownie cienkie jak być powinno. Co do samego ciasta, to wiem że gotowe i pocięte już na kawałki ciasto do wontonów można kupić np. w Kuchniach Świata, to dobry wybór dla tych którzy nie bardzo lubią proces zagniatania i wałkowania. 

Bulion podawałam z pierożkami i grzybami shimeji. Jeśli uda Wam się je kupić, wystarczy odciąć odrobinę ich nasady, a grzybki wrzucić na rozgrzaną, delikatnie natłuszczoną patelnię, następnie wlać 1-2 łyżeczki sosu sojowego, wymieszać i podsmażać 1-2 minuty aż zmiękną. 


Do miseczek nałożyłam pierożki, zalałam gorącym bulionem (trzeba go dobrze zamieszać tuż przed podaniem, aby ponownie rozprowadzić pastę miso), dodałam grzyby shimeji, posiekaną zieloną cebulkę i olej chili (ile kto lubi) - przepis na olej chili.



niedziela, 12 stycznia 2020

Kotlety z kaszy gryczanej z bryndzą

Kotlety z kaszy gryczanej

Wykorzystywanie resztek zawsze prowadzi do stworzenia najlepszych przepisów. 
Zgodzicie się ze mną? 
Tak właśnie powstał przepis na te kotlety z kaszy gryczanej
Ugotowałam za dużo kaszy, więc resztkę wsadziłam do lodówki. Dokupiłam bryndzę, znalazłam w lodówce 2 pieczarki i postanowiłam, że zrobię kotlety gryczane z bryndzą w zgodzie z zasadą #zerowaste. Wyszły tak dobre, że natychmiast musiałam podzielić się przepisem, bo może właśnie ugotowaliście zbyt dużo kaszy gryczanej ;-) 
Jeśli nawet nie, to ugotujcie ją specjalnie do tych kotletów, bo są fenomenalne. Jeśli nie przepadacie za bryndzą, możecie dorzucić innego sera np. fety, koziego twarogu, startego parmezanu, czy nawet goudy. Przepis, który podałam powstał z resztek, więc i proporcje są resztkowe. Wystarczy tego na 4 niezbyt duże kotlety. Możecie jednak zaszaleć i podwoić, a nawet potroić ilość składników i zrobić sobie gryczaną ucztę.

Kotlety z kaszy gryczanej - składniki na 4 kotleciki:
1/2 średniej cebuli
1 łyżeczka oleju
2 pieczarki brązowe
200g ugotowanej kaszy gryczanej
30g sera bryndza
1 łyżka mąki owsianej
2 szczypty proszku z borowików (zmiksowałam garść suszonych borowików na proszek i trzymam w słoiczku, żeby podkręcać smak potraw)
1/4 łyżeczki czarnego pieprzu
1/2 łyżeczki soli (Dodajcie soli do smaku, ponieważ ja solę całkiem sporo. Dowodem na to jest fakt, że do pieczarek dodałam szczyptę soli, kasza była gotowana w lekko osolonej wodzie, bryndza jest słona, a ja dodałam jeszcze soli do masy)

bułka tarta do obtoczenia
olej rzepakowy do smażenia

Cebulę obrałam i pokroiłam w kostkę, pieczarki oczyściłam i również pokroiłam w kostkę. Na oleju podsmażałam cebulę przez 3 minuty, następnie dodałam pieczarki, szczyptę soli i podsmażałam kolejne 2-3 minuty. Odstawiłam do wystudzenia. Kaszę oraz pieczarki z cebulą zmieliłam w maszynce do mielenia mięsa. Dodałam sproszkowane borowiki (możecie pominąć), mąkę owsianą, sól do smaku, pieprz i pokruszoną bryndzę. Rękoma wymieszałam dokładnie masę, przykryłam i wstawiłam do lodówki. Masa powinna tam być przynajmniej pół godziny.

Ze schłodzonej masy formowałam kotleciki, obtaczałam w bułce tartej i smażyłam na dobrze rozgrzanym oleju po dwie minuty z każdej strony. 

Kotlety z kaszy gryczanej można wykorzystać do zrobienia burgerów, ale także zjeść z ziemniakami i surówką. Ja zjadłam swoje pogryzając przy tym mizerię z ogórków.

poniedziałek, 6 stycznia 2020

Tagine z bakłażana

Tagine z bakłażana

Orientalna uczta nie wymaga wcale wiele pracy, bo arabskie kucharki to mistrzynie potraw jednogarnkowych. Upodobanie do tego rodzaju potraw znalazło także swój wyraz w wyposażeniu kuchni o czym zaraz się dowiecie.
Tagine (tażin, tajine, tadżin) to specjalne marokańskie naczynie z gliny, w którym przygotowuje się potrawy z mięsa i warzyw lub samych warzyw. Ja nie mam oryginalnego naczynia (jeszcze 😁), ale równie dobrze możecie wykorzystać do przygotowania tagine jakiekolwiek naczynie z pokrywką. Ja użyłam garnka żeliwnego, który w tym przypadku doskonale się sprawdza. Ten przepis na tagine z bakłażana jest dziecinnie prosty w wykonaniu, a najważniejsze to mieć odpowiednie przyprawy. Jedyne co możecie ewentualnie pominąć to kiszona cytryna. Robiłam ten tażin bez niej i był równie dobry. Jeśli jej nie używanie możecie dodać łyżeczkę soku z cytryny i trochę otartej skórki z cytryny. Czego z pewnością nie można pominąć przygotowując tagine z bakłażana to pasta harissa. Ona nadaje odpowiedniej pikantności tej potrawie, która musi być wyrazista w smaku.

Tagine z bakłażana - składniki na 2-3 porcje:
1 średni bakłażan
1/2 dużej cebuli
1 ząbek czosnku obrany i przeciśnięty przez praskę
1 karton krojonych pomidorów (Optymalnie takich bez kwasu cytrynowego. Wiem że pomidory marki Melissa Primo Gusto są bez dodatku kwasu cytrynowego, zatem jak tylko mam okazję kupuję zapas) lub latem 2-3 świeże malinówki oczyszczone z nasion i pokrojone w kostkę
35g rodzynek
sok z 1/4 pomarańczy
1/2 łyżeczki miąższu kiszonej cytryny
1/4 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki brązowego cukru (jeśli macie pomidory z kwaskiem można dodać więcej)
1/2 łyżeczki mielonego kuminu
1/4 łyżeczki ostrej papryki w proszku
1/2 łyżeczki soli (ja sporo solę, zatem dodajcie soli do smaku)
2 łyżeczki harissy (wychodzi dosyć ostre)
3 łyżki oleju rzepakowego

Bakłażana pokroiłam w plastry o grubości ok.1 cm, oprószyłam z dwóch stron solą i pozostawiłam na 30 minut. Po tym czasie plastry opłukałam, osuszyłam i pokroiłam w dużą kostkę (plaster w zależności od wielkości na 2 lub 4 części).
Cebulę obrałam i pokroiłam w cienkie pióra.
Rodzynki zalałam wrzątkiem i po chwili odcedziłam, następnie zalałam sokiem pomarańczowym i pozostawiłam na 10 minut.
W garnku żeliwnym rozgrzałam olej, wrzuciłam pokrojoną cebulę i podsmażałam na średnim ogniu co jakiś czas mieszając przez ok. 4 minuty. Dodałam bakłażana i smażyłam mieszając 2-3 minuty, następnie dodałam przyprawy, czosnek, rodzynki razem z sokiem pomarańczowym oraz pomidory. Przykryłam i dusiłam 25 minut. Odkryłam i gotowałam jeszcze 15 minut by odparował nadmiar płynu.

Ja mój tażin z bakłażana podałam z moim ulubionym bulgurem z warzywami i jogurtem naturalnym, ale można też przygotować kaszę kuskus.

poniedziałek, 25 listopada 2019

Jaskra - dlaczego warto chodzić do okulisty, nawet jeśli dobrze widzimy.


Cześć.
Dziś chciałam poruszyć ważny dla mnie temat, a mianowicie porozmawiać o chorobach oczu.

Na początku pragnę także dodać, że artykuł ten nie jest poradą medyczną i nie może zastąpić konsultacji z lekarzem. Jest to tekst powstały wyłącznie na bazie moich osobistych doświadczeń, znalezionych przeze mnie w sieci badań (klik), do których odnośniki tutaj zamieszczam  oraz literatury medycznej. 

źródło: https://pixabay.com/pl/


Pierwszy tekst z tego cyklu poświęcę jaskrze.


Czym jest jaskra?

Jest to choroba narządu wzroku, w skutek której nasz nerw wzrokowy ulega powolnej i systematycznej degradacji, aż do całkowitego jego zniszczenia. Jest to najczęstsza na świecie przyczyna nieodwracalnej ślepoty. Światowe statystyki są przerażające, bowiem mówią o ponad 5,7 miliona ludzi którzy aktualnie niedowidzą z powodu jaskry. Rodzajów jaskry jest wiele, a ich przebieg różni się, jednak ostatecznie zawsze choroba ta prowadzi do utraty wzroku.
Jaskra w zasadzie i najczęściej nie daje żadnych objawów, przez co kiedy pacjent się o niej dowiaduje, zazwyczaj choroba jest już w zaawansowanym stadium. A wystarczyło by regularne stawianie się na kontrolne badanie u okulisty, bowiem pierwsze symptomy które sugerują na możliwość rozwoju jaskry da się wykryć w badaniu dna oka oraz mierząc regularnie ciśnienie wewątrzgałkowe. Jeśli dodatkowo któreś z naszych rodziców lub dziadków chorowało lub choruje na jaskrę, to jest to dodatkowy powód żeby regularnie się badać. Co do pomiaru ciśnienia to ten kto nigdy nie miał go mierzonego może przerazić się stwierdzeniem „ciśnienie wewnątrzgałkowe”, jednak jest to badanie nie inwazyjne, więc nie musicie się go absolutnie obawiać. 

Choć najczęściej to właśnie podwyższone ciśnienie w oku jest przyczyną jaskry, to nie można bagatelizować faktu, że nie jest ono jedyną przyczyną tego schorzenia. Spore znaczenie w rozwoju jaskry mają także inne czynniki, do których zaliczany jest tzw. stres oksydacyjny, autoimmunizacja oraz ekscytotoksyczność. Te właśnie czynniki zapewne są przyczyną jaskry u pacjentów, którzy ciśnienie wewnątrzgałkowe mają w granicach normy. 

Dorośli przed 40 rokiem życia którzy nie mają problemów z ostrością widzenia lub innych dolegliwości związanych z narządem wzroku powinni stawiać się w gabinecie okulisty raz na 2-3 lata, natomiast po 40 roku życia konieczne jest kontrolne badanie przynajmniej raz w roku. Taka częstotliwość kontroli pozwala w miarę wcześnie wykryć rozpoczynającą się jaskrę i wdrożyć odpowiednie leczenie, które ma na celu pozwolić na to by pacjent cierpiący na to schorzenie do końca życia zachował wzrok. Dynamika rozwoju chorób wzroku, w tym również jaskry jest osobnicza. Nie ma dwóch identycznych przypadków, a pacjenci różnie reagują na leki. Szybkość rozwoju choroby jest więc różna, ważne zatem by zachować regularność badań i nie bagatelizować ich znaczenia. 

Kolejnym faktem jest, że rodzajów jaskry jest kilka. Różnią się między sobą, zatem ich przebieg też będzie nieco odmienny. Powszechnym mitem jest np. informacja, że w przebiegu jaskry zawsze mamy do czynienia z podwyższonym ciśnieniem w oku. Są jednak przypadki kiedy diagnozowana jest jaskra u pacjenta, którego wartość ciśnienia w gałkach ocznych jest zupełnie prawidłowa. 

Jak leczy się jaskrę? 

Wciąż jedynym sposobem leczenia jaskry pozostaje obniżanie ciśnienia śródgałkowego oka za pomocą środków farmakologicznych, laserowo, bądź operacyjnie. Bynajmniej nie kończy to definitywnie naszego problemu, jednak pozwala spowolnić postęp degradacji nerwu wzrokowego, a co za tym idzie dłużej zachować zdolność widzenia. 

Nie znaczy to że pacjenci oraz okuliści nie poszukują możliwości dodatkowego wpływania na obniżanie ciśnienia wewnątrzgałkowego. Prowadzono badania, które miały na celu zweryfikowanie tego czy poprzez odpowiednią dietę można wpłynąć na obniżenie się ciśnienia w oku. A efekty tychże badań są dość interesujące. Oczywiście sama dieta nie pomoże nam uchronić oczu przed jaskrą, ani też przed konsekwencjami jej obecności. Jednak w przypadku osób takich jak ja, które spodziewając się w najbliższych latach zdiagnozowania jaskry, odpowiednie postępowanie dietetyczne z pewnością jest dobrym wyjściem. Również osobom u których już jaskrę stwierdzono, odpowiednie odżywianie nie zaszkodzi o ile będzie traktowane wyłącznie jako uzupełnienie konwencjonalnej terapii prowadzonej w odpowiedniej poradni okulistycznej. 

Badania o których wspominam pozwoliły wytypować nie tylko produkty, dzięki które mogą wpływać na obniżenie ciśnienia wewnątrz oka, ale również takie które wpływają na jego podwyższenie. Nie są to nowe badania, tylko rezultat obszernej analizy różnych badań które zostały wykonane na przestrzeni ponad 50 lat (między 1966, a 2017 rokiem). 

Analiza wyników różnych badań pozwoliła dojść do bardzo ciekawych wniosków, o których piszę w dalszej części tekstu.

Pierwszym z nich jest wpływ otyłości na ciśnienie wewnątrzgałkowe. W wielu przeanalizowanych wynikach badań przewija się właśnie związek między podwyższonym wskaźnikiem BMI, a zwiększonym ciśnieniem w oku. Nie stwierdzono dokładnie na czym polega ta relacja, a koncepcji jest kilka, jednak faktem jest że w wyniku badań dowiedziono iż osoby dotknięte otyłością mają też nierzadko podwyższone ciśnienie wewnątrzgałkowe. Kolejne badania zachwiały teorią jakoby wysokie BMI miało związek ze zwiększonym ciśnieniem w oku. Nie znaczy to że otyłość nie przyczynia się do podwyższenia ciśnienia w oku, bo ten fakt potwierdzono w kolejnych badaniach. Oznacza to jedynie tyle, że wskaźnik BMI nie jest doskonały w przypadku dokładnej oceny stanu organizmu osoby otyłej, czy dotkniętej nadwagą. 

W kolejnych wynikach pojawiają się dowody na to, że nie tylko otyłość, ale również inne schorzenia wchodzące w skład tzw. zespołu metabolicznego mogą predysponować do rozwoju jaskry i mieć wpływ na podwyższenie ciśnienia śródgałkowego. Szczególnie dotyczy to osób dotkniętych cukrzycą i nadciśnieniem tętniczym (zarówno występującym pojedynczo, jak i razem).

Kontrowersyjnym punktem tekstu o który się opieram jest akapit poświęcony alkoholowi. Badania na które powołują się autorzy artykułu dowodzą jakoby alkohol miał wpływ na lepsze ukrwienie nerwu wzrokowego, zapobiegając przy tym rozwojowi Pierwotnej Jaskry Otwartego Kąta. Ja jednak nie będę nikogo, ani również siebie przekonywała to tej części tych badań, ponieważ logicznie rzecz biorąc alkohol jest przyczyną stresu oksydacyjnego, który jak wcześniej już pisałam jest łączony z rozwojem jaskry. 

Kolejnym analizowanym elementem diety była kofeina, która znajduje się nie tylko w kawie, ale np. w niektórych napojach gazowanych czy energetycznych. Wykazano iż spożywanie kofeiny może mieć związek ze zwiększeniem ciśnienia wewnątrzgałkowego zarówno u osób chorych na jaskrę, jak i zdrowych. Dowiedziono również, że chorzy regularnie przyjmujący kofeinę mieli średnio wyższe ciśnienie w oku od tych którzy jej unikali. Inne badania z kolei nie odnajdują związku kofeiny z podwyższonym ryzykiem wystąpienia jaskry. 

Bazując na moim doświadczeniu powiem Wam, że w moim przypadku kawa zdecydowanie podwyższa ciśnienie śródgałkowe i wywołuje u mnie migreny z aurą oraz przejściowe zaburzenia widzenia. Dlatego też już jakiś czas temu zmuszona byłam zrezygnować z niej całkowicie. 

Zupełnie inaczej sprawa ma się z herbatą, która bogata jest w polifenole. Te z kolei wykazują działanie ochronne poprawiając przepływ krwi i redukując stres oksydacyjny. 

Bardzo ciekawe są wyniki badań prowadzone nad ekstraktem z miłorzębu japońskiego, znanego pod nazwą Ginko biloba. Według wyników badań ma on mieć pozytywny wpływ na mikrokrążenie w oku, wykazywać działanie ochronne w stosunku do siatkówki oka oraz zmniejszać stres oksydacyjny. 

Co do warzyw i owoców to jest oczywiste iż  mają w swoim składzie elementy, które pomagają zachować wzrok w dobrej kondycji. Przede wszystkim chodzi o antyoksydanty, których są bogatym źródłem. W badaniach stwierdzono, że u kobiet których dieta obfitowała w warzywa i owoce bogate w witaminę A, karotenoidy oraz witaminę C, ryzyko wystąpienia jaskry jest mniejsze. Szczególną uwagę badacze zwrócili na pozytywny wpływ na oczy zielonych warzyw liściastych. 

Ciekawe badania przeprowadzone zostały na temat wpływu szafranu na rozwój jaskry, a wykonali je  naukowcy z Iranu. Dowiedli oni w nich pozytywnego wpływu tej przyprawy na ciśnienie w oku, jednak nie udało się określić jaki jest mechanizm jego pozytywnego działania.  

Co z tego wszystkiego wynika dla nas? 

Przede wszystkim by chronić wzrok należy się regularnie badać i przestrzegać zaleceń lekarza okulisty. Od siebie możemy dodać utrzymanie prawidłowej masy ciała, ograniczenie kofeiny i zwiększenie spożycia warzyw i owoców. Nikt nie zagwarantuje nam, że nie zachowujemy na jaskrę, ani też nie umożliwi nam przewidzenia jej ewentualnego przebiegu. Ale sami sobie możemy ofiarować szansę na zachowanie wzroku do końca życia, badając się odpowiednio często. 

Jakie badania wykonywać?

Obowiązkowa i bezwzględnie konieczna jest cykliczna kontrola u lekarza okulisty, nawet jeśli w naszej opinii widzimy dobrze.
Podczas takiej wizyty lekarz powinien zbadać dno oka oraz ciśnienie wewnatrzgałkowe. Nie wystarczy badanie ostrości wzroku. 
W sytuacjach wątpliwości co do stanu naszego wzroku lekarz powinien skierować nas w pierwszej kolejności na badanie pola widzenia. 

Dajcie znać czy chcecie tutaj czytać więcej takich tekstów.

niedziela, 17 listopada 2019

Pizza serowo-cebulowa


Zostało mi trochę bulionu, więc postanowiłam zrobić sobie porcję zupy cebulowej.
Pewnie zechcecie zapytać czemu tylko jedną?
Otóż w naszym domu tylko ja lubię tę zupę, a na dodatek karmelizowana cebula wywołuje rewolucję w moim przewodzie pokarmowym, sprawiając że przez wiele kolejnych godzin czuję w ustach męczący cebulowy posmak. 

Ale ponieważ kocham całym sercem karmelizowaną cebulę, to raz w roku przygotowuję dwa dni uczty. Kiedyś robiłam więcej zupy cebulowej, teraz jestem mądrzejsza i dzielę karmelizowaną cebulę na dwie części. Jedną dorzucam do zupy, a pozostałą do czegoś innego. 

Dziś ugotowałam więc porcję cebulowej, wlałam do słoika i szczelnie zamknęłam. Schowam do lodówki i zjem jutro, natomiast dziś postanowiłam część słodkiej cebuli wrzucić na pizzę. Do tego ser gruyere i odrobina mozzarelli, świeży tymianek i trochę grubo mielonego pieprzu. 

Ciasto na pizzę - 1 placek:
 125g mąki pszennej chlebowej
1/3 łyżeczki soli morskiej
5g świeżych drożdży
1/4 szklanki letniej wody
1/3 łyżeczki cukru
kilka kropel oliwy z oliwek

W wodzie rozpuszczam cukier i drożdże. Pozostawiam na kilka minut w ciepłym miejscu. Mąkę wsypuję do miski, dodaję sól, a następnie roztwór drożdży. Dolewam kilka kropel oliwy, mieszam łyżką, zagniatam i wyrabiam 3-4 minuty. Przekładam do miski, przykrywam wilgotną ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce na 30 minut.

Dodatki:
 2 łyżki karmelizowanej cebuli - tak jak w przepisie na zupę cebulową
20g mozarelli
20g sera gruyere
kilka listków świeżego tymianku

Wyrośnięte ciasto odgazowuję, uderzając w nie pięścią. Rozwałkowuję na cienki placek. Piekarnik rozgrzewam do maksimum (u mnie 250 stopni C). Wybieram opcję góra-dół z termoobiegiem. 

Placek ciasta kładę na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (jeśli macie kamień do pizzy postępujecie jak zawsze). Nakładam na ciasto równomiernie porwaną mozzarellę, pamiętając by brzegi zostały wolne. Następnie rozkładam cebulę, tymianek i posypuję całość serem gruyere. Wstarwiam do rozgrzanego piekarnika i piekę 7-8 minut. Gotową pizzę posypuję listkami tymianku i grubo mielonym czarnym pieprzem.



piątek, 15 listopada 2019

Serowy makaron z brukselką


Makaron z serem, czyli słynny mac and cheese to dla mnie za mało i za dużo jednocześnie. Nie chce mi się zapiekać makaronu i czekać, aż ten proces się zakończy. Nie chce mi się brudzić kilku naczyń. Chcę zjeść ten grzeszny przysmak szybko i bez zbędnych ceregieli. Za dużo o zapiekanie, ale za mało bo bez warzyw.

Co zatem robię? Dorzucam coś zielonego i od razu czuję mniejsze wyrzuty sumienia z powodu miliarda kalorii. 

Wszystko ładnie, ale trzeba to jeszcze podkręcić jakimś magicznym składnikiem, żeby po pierwszym kęsie wpadało się w ekstazę. Ja przynajmniej chciałam przeżyć coś więcej nad tym talerzem makaronu, więc dorzuciłam sproszkowane suszone borowiki, sproszkowaną gorczycę i świeżą szałwię. Wszystko w ilościach minimalnych, bo łatwo przesadzić. Jeśli jednak delikatnie muśnie się ten sos tymi oto przyprawami zyska on ten właśnie niepowtarzalny charakter, którego nie sposób porównać do niczego innego. 

Smak nie do pobicia, jeden garnek (no dobra i mała patelnia), tłuściutko, serowo, kremowo i listopadowo. Lepiej być nie może. 

Mac and cheese z brukselką - przepis (2 porcje):
180g makaronu kolanka
40g startego sera cheddar
90g mleka
90g śmietany kremówki
40g sera gruyere startego na tarce o grubych oczkach
160g brukselki pokrojonej na plastry
1/4 łyżeczki pieprzu mielonego
2,5-3 łyżeczki suszonych borowików w proszku (suszone borowiki zmiksowałam blenderem na proszek)
2 szczypty gorczycy w proszku
1/5 łyżeczki czosnku granulowanego
2 duże listki świeżej szałwii posiekane drobno
sól do smaku (ja dodałam 3/4 łyżeczki, ale ja solę sporo)

Do podania:
2 łyżeczki masła
2 łyżeczki bułki tartej
1 łyżeczka posiekanych orzechów włoskich


Masło roztopiłam, dodałam mąkę i podsmażałam przez ok. 1 minutę, następnie dodałam mleko, makaron i 3/4 szklanki wrzącej wody, sporą szczyptę soli, proszek grzybowy, przyprawy, pokrojoną brukselkę i gotowałam pod przykryciem na średnim ogniu stosując się do czasu gotowania wskazanego na opakowaniu. Co jakiś czas mieszałam całość bardzo starannie, by makaron nie przywarł. Na dwie minuty przed końcem gotowania dodałam śmietankę oraz starte sery i mieszałam do czasu gdy wszystko dobrze się połączyło, a sery rozpuściły. Na patelni roztopiłam łyżeczkę masła, dodałam bułkę tartą i podsmażałam mieszając przez ok minutę. Gotowy makaron nałożyłam na talerze, polać bułką tartą z masłem i posypałam posiekanymi orzechami.


piątek, 8 listopada 2019

Bao z wegańskim wsadem

Jeśli marzycie o orientalnej uczcie, to najmodniejsze w tym sezonie są bułeczki bao.
Puszyste, miękkie i delikatne w smaku bułki można wypełnić mięsem, tofu, warzywami, grzybami i czym tylko dusza zapragnie.
U mnie dziś oczywiście wsad wegański, dla wszystkich miłośników roślinnego jedzenia.

Przepis na bułeczki bao nie jest mój. Zaczerpnęłam go ze strony bbc good food i odrobinę go zmodyfikowałam. Natomiast wsad jest całkowicie autorski. Wegański. Pyszny.
Nawet Paulina zajadała się tą kanapką, więc to chyba najlepsza z możliwych rekomendacja.


Bułeczki Bao - składniki na 8 bułek:
260g mąki pszennej
3/4 łyżki cukru
4g świeżych drożdży
25g mleka
1/2 łyżki oleju słonecznikowego lub rzepakowego
1/2 łyżki octu ryżowego
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
100g wody

Do miski wsypałam mąkę, cukier i sól. Wodę mieszam z mlekiem i podgrzewam delikatnie żeby płyn był letni. Dodałam cukier oraz drożdże, rozmieszałam i pozostawiłam na 5 minut. Wlałam roztwór do suchych składników, dodałam olej i ocet i zagniotłam ciasto. Wyrabiałam je 4 minuty, po czym przełożyłam do miski, nakryłam wilgotną ściereczką i zostawiłam na 2 godziny do wyrośnięcia. Wyrośnięte ciasto odgazowała uderzając w nie pięścią, rozpłaszczyłam na blacie dłonią i posypałam proszkiem do pieczenia. Zrolowałam w wałek i pokroiłam nożem na 8 równych części. Z każdego kawałka uformowałam kulkę i zostawiłam na blacie na 2 minuty, następnie każdą kulkę rozwałkowywałam na placek o grubości 3-4 mm. Smarowałam wierzch każdego placka olejem. Na środku każdego placka kładłam pałeczkę i składałam ciasto na pół, a następnie wyciągałam pałeczkę. Tak przygotowane bułeczki układałam w odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.  Zostawiłam na kolejne 15 minut do wyrośnięcia. Gotowałam partiami na parze przez 8 minut każdą partię bułek. Bułeczki można jeść od razu, można też schować do lodówki zawinięte w papier i odgrzewać.

Dodatki:
500g boczniaków (ja użyłam boczniaków cytrynowych)
1/2 małego ananasa
kawałek czerwonej kapusty
ocet ryżowy
olej chili
sól i cukier
sos sojowy
olej sezamowy

świeża kolendra
sezam 

ananas:
Miąższ ananasa pokroiłam w niezbyt dużą kostkę, rozsypałam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, skropiłam łyżką oleju chili i łyżką sosu sojowego, wymieszałam i wstawiłam do rozgrzanego do 200 stopni C piekarnika. Piekłam do czasu gdy niektóre kosteczki były mocno przypieczone (ok. 15 minut). Upieczonego ananasa przełożyłam do miseczki.
grzyby:
Na patelnię wlałam łyżeczkę oleju rzepakowego i kilka kropel sezamowego, wrzuciłam na rozgrzana patelnię grzyby i smażyłam na silnym ogniu 2-3 minuty. W połowie smażenia skropiłam 2 łyżkami sosu sojowego.
kapusta:
Kapustę szatkuję tak by było jej ok. pół szklanki. skrapiam 1 łyżką octu ryżowego, oprószam sporą szczyptą soli i odrobiną cukru. Mieszam.

Pikantny sos śliwkowy:
4 łyżki powideł śliwkowych
3 łyżki sosu sojowego
1 łyżka octu ryżowego
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka oleju chili
spora szczypta przyprawy 5 smaków
1/4 łyżeczki startego świeżego imbiru
1 ząbek czosnku obrany i przeciśnięty przez praskę

Wszystkie składniki przekładam na patelnię, podgrzewam do zagotowania i przekładam do słoiczka. Studzę, a następnie schładzam w lodówce.

Do każdej bułeczki wkładam trochę sosu śliwkowego, usmażonych grzybów i ananasa. Na wierzch kolejną niewielką porcję sosu, sezam, piklowaną kapustę i świeżą kolendrę.